Wiosenne porządki

Jako że wiosna za pasem, a właściwie za barykadą przeciwdeszczową to postanowiłem zrobić kilka wiosennych porządków – zaczynając od zrobienia jakichś porządnych kategorii przez uzupełnienie tagów aż po wywalenie zbędnych wpisów. Teraz powinno być nieco przejrzyściej.

Możecie spytać: co z Once? Nie, nie zapomniałem i nie zamierzam porzucać. Premiera jest wyznaczona na czerwiec (chciałbym się wyrobić do pierwszego, ale jak to będzie to nie wiem).

Potop w Krainie Absurdu!

Jak zwykle nasz dzielny reporter – Webbie – przynosi nam niesamowite wieści. Spuszczony samotnie do Krainy Absurdu, do której nikt o zdrowych zmysłach się nie zbliża napisał zapierający dech w piersiach reportaż.

Pewnego dnia przechadzałem się jak zwykle ulicą. Już nie długo święta, więc na twarzach Mieszkańców Krainy Absurdu malują się całkiem uzasadnione uśmiechy – już niebawem odpoczną sobie od codziennych sporów z Najwyższymi. Kto by pomyślał, że szajka bandytów na której stoi El Sos Hubertos zaplanowała niecny plan – zatopić Krainę Absurdu!

Jak to często zresztą bywa plany te zostały przejrzane przez Antyterrorystów, zamknięto więc dopływ wody w miejscach publicznych i prywatnych. Niestety jakimś cudem ktoś zapomniał odciąć je w Pokojach Najwyższych. A że niektórzy z nich już starzy, schorowani, niedowidzący to Szajka Hubertosów bez problemu napełniła zbiorniki, które zamierzali użyć do bezpowrotnej destrukcji Krainy.

Nastała więc długa przerwa. Tak, dobrze pamiętacie, ta taka baaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzoooooooooooooooooooooooo nuuuuuuuuuuuuuuuuuuudnaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa. Tylko że tym razem było inaczej: terroryści z początku zaczęli napadać na biedne niewiasty, którym przecież całkiem niedawno się już oberwało od zuego seksoholika. Cóż, płeć… no, dla kogo piękna, dla tego piękna – nie ma w Krainie zbyt dobrze. Przemoczone panny pierwsze odczuły jak wielkie zło ma ze sobą zbliżająca się apokalipsa. Wprawni komentatorzy nazwali ten dzień Laną Środą.

Największe zdziwienie Terrorystów było wtedy, gdy okazało się, że pojemniki są już puste, nie ma ich jak napełnić, więc jak dalej kontynuować zmienianie Krainy Absurdu w Drugie Rapture? Rozczarowani terroryści po dzwonku rozeszli się do klas.

I tu można by zakończyć historię, gdyby nie to, że jednak w Krainie było widać lekkie skutki zalania – parę kałuż i w zasadzie tyle. To również mogło by pójść w zapomnienie, gdyby nie znany skądinąd Antyterrorysta Dyrector poślizgnął się na jednej z nich i mocno łupnął, nie powiem czym, bo nie wypada, prosto w wodniste miejsce. Oczywiście z miejsca się wkurzył i postanowił ukarać Terrorystów za straty moralne. Zasądził zgodnie z Sędziną Najwyższą Wcale Nie Anną Marią karę dla każdego mieszkańca… hej, coś mi się tu nie zgadza! Ale tak właśnie było! Każda osoba, nawet ta, której tego dnia nie było w Krainie musi zapłacić grzywnę… Dziwne?

…no ale przecież to Kraina Absurdu.
Jak zawsze przesyłam pozdrowienia z niej i małą adnotację: gdyby nie grzywna tekst byłby jakieś 15% dłuższy. No ale cóż, jakoś trzeba zapłacić…
Webbie, jedyny reporter Blogu Webzira.

Nowe serwisy od JoeMonster.org!

Witajcie!

Zapewne każdy z Was kojarzy Demotywatory.pl – serwis, w którym użytkownicy mogą zamieszczać plakaty demotywujące jak i motywujące. A że pojawia się masa śmiesznych obrazków ze śmiesznymi podpisami to już nikt na to nic nie poradzi.

Twórca po wielkim sukcesie (raz odnotowano nawet milion unikalnych użytkowników w jeden dzień) postanowił otworzyć kilka podobnych strukturalnie serwisów.

Zacznijmy od kotburger.pl – strona dla miłośników kotów. Główną zasadą jest: kot na pierwszym planie. Często w zabawnych sytuacjach, ze śmiesznymi napisami. Bardzo dobra zabawa, szczególnie gdy uwielbiasz słodkie futrzaki.

Kolejnym serwisem jest dawniejdzisiaj.pl, w którym to użytkownicy w swoich plakatach rozpatrują jak to było kiedyś, jak jest dziś. Najczęściej w zaskakujący sposób. Bardzo dobry pomysł!

Na półmetku zajrzymy do atakklonow.pl… który jest klonem totallylookslike.com. Niestety rzadkie aktualizacje sprawiają, że w serwisie jest po prostu nudno. Ale zawsze można zobaczyć kim był Adam Małysz w poprzednim wcieleniu.

Wyciagamykarteczki.pl jest serwisem, który powstał dlatego, że na stronie-matce (demotywatorach) coraz częściej zaczęły się pojawiać różnego rodzaju kartki ze sprawdzianów, wypracowań etc, w których zawierała się zabawna riposta nauczyciela, różnego rodzaju obrazki. W większości jest to słaby humor, ale można znaleźć kilka perełek. Mimo to, że użytkownikom kończą się pomysły, a 90% to fejki.

komixxy.pl – przenieśmy się w klimaty rodem z szatańskiego 4chana – przerabiamy komiksy dodając niewybredne komentarze, rasistowskie żarty i brzydkie fotomontaże. Co z tego, jak zabawa jest przednia? Bardzo dobry serwis!

To już koniec tej wielebnej listy. Najbardziej ubolewam nad tym, że Joe nie pofatygował się żeby zrobić multilogowanie, więc do każdej strony trzeba mieć osobne konto. No cóż. I tak trzeba podziękować Joemu, że dzięki niemu rozrywka w polskim internecie zyskała kilka naprawdę dobrych stron.

Nieobecność + priorytety

Witajcie moi czytelnicy! (jeżeli mam takowych).

Pewnie zauważyliście, że od pewnego czasu na blogu nie działo się nic. Mam pewne usprawiedliwienie do tego: przez ostatni miesiąc nie miałem komputera. Spowodowane było to awarią.

Obecnie głównym priorytetem będzie wydanie ebooka „Once”, zawierający opowiadanie+dodatki, w wersji full wypas i z poprawionymi błędami. Oczywiście nie mogło zabraknąć przeróżniastych rysunków, którymi zajął się skądinąd znany Martin.

Zaraz po jego wydaniu mam zamiar wziąć się za grę, bo kurde, przydało by się w końcu jakąś skończyć. Ostatnia jaką wydałem w całości to… Findofs. (do pobrania z GMClanowych Wrót Uploadera właśnie tu).

No nic, to będę kończyć.

Recenzja Sabaton – „The Art of War”

Dziś pod swoją lupę postanowiłem wziąć najpopularniejszy album powermetalowej formacji „Sabaton”. Wcześniej panowie w typowym składzie (wokal, 2xgitara elektryczna, basowa, klawisze i perkusja) nie wybijali się zbytnio spośród innych metalowych zespołów, mimo iż ich muzyka zbierała dość pozytywne oceny.

No ale nastąpił „The Art of War” i zaczęło się dziać. Gdy tylko Polacy usłyszeli, że jedna piosenka taktuje o polskich żołnierzach (i to w bardzo pozytywnym znaczeniu) rzucili się na tubę, gdzie niczego niespodziewający fan wrzucił teledysk do owej piosenki. Nagle stali się popularni. Cud czy przypadek? Ja obstawiał bym raczej to drugie…

Album nawiązuje do tekstowo do II Wojny Światowej oraz – w krótkich przemówieniach – do twórczości Sun Zi (ciachnięte z wikipedii: jeden z największych starożytnych myślicieli Dalekiego Wschodu, autor Sztuki wojennej Sun Zi (孙子兵法), najstarszego na świecie podręcznika sztuki wojennej). O tekstach więcej mówić nie będę – bo szczerze powiedziawszy wojny średnio mnie interesują.

Zaczynamy krótkim intrem „Sun Tzu Says”. Raz można posłuchać – jeżeli ktoś chce zgłębiać przesłanie płyty – potem od razu przeskakujemy na „dwójkę”…

…gdzie czeka na nas „Ghost Division”, bardzo mocny metalowy kawałek, który na tle pozostałej płyty nie wyróżnia się zbyt bardzo. Za to jest idealnym zapoznaniem: można dowiedzieć się, że cała płyta będzie obfitowała w najróżniejsze chórki i mocny, wojenny klimat. Przed ostatnim refrenem całkiem udana solówka na klawiszach.

Kolejny kompozycja, „The Art of War” kontynuuje klimat swego poprzednika, tym razem w nieco wolniejszy sposób. (ale tylko nieco :P ) Niestety jest tu gorszy refren, niby tytułowe „The Art of War” wszyscy sobie zanucą, ale jest schrzanione dość prymitywnymi efektami klawiszowymi. Średniak.

Gdy uszy zwykłego metalowego casualowca powoli zaczynają się prosić o jakąś balladę otrzymujemy supersławne 40:1. Jeszcze mocniejsze uderzenie niż „Ghost Division”, z bardzo wpadającym w ucho refrenem, przerwana przez chwilę czymś na wzór ballady. No i oczywiście tekst sławiący polskich żołnierzy. Bardzo udany utwór.

„Unbreakable”, z numerem 5 jest pierwszym wolniejszym utworem, można by nawet rzec, że melancholijnym. Przynajmniej początek (który jest dość nudny), bo później szybkość zostaje podkręcona – i to jest niewątpliwie lepsza część piosenki. Zwieńczona dobrą solówką na gitarze. W sumie wychodzi średniak, choć dość specyficzny.

Dwa razy użyłem już słowa średniak – chodzi mi o to, że fan ogólnie pojętego metalu może się przy nich nieco nudzić, mimo niesamowitej energii w nie włożonej. Osoby lubiące power metal z pewnością bardziej to docenią.

Zaraz po kolejnym przemówieniu „The Nature of Warfare” otrzymujemy najbardziej singlowy, najbardziej wpadający w ucho i najlepszy kawałek na płycie (3xnaj!). Niesamowicie udane połączenie klawiszy, chórków, nieco skrzeczącego głosu wokalisty i wojennego klimatu.

Album „The Art of War” mimo, że z początku wydaje się być tylko bezmyślną łupaniną tak naprawdę jest bardzo zróżnicowaną, szybką, bardzo dobrze zagraną muzyką. Trzymająca równy poziom. Nie jest ona może zbyt innowacyjna, ale w Polsce na pewno zostanie zapamiętana dzięki „40:1″, a świat będzie ją cenił jako najlepszą płytę powermetalową 2009 roku.

Ocena ostateczna: 69%

Teledyski zrealizowane:

Szczegóły: (kliknij by powiększyć)

Seksoholik na ulicach Krainy Absurdu

Kolejne sensacyjne wieści od naszego jedynego reportera, który niczym pracownicy Faktu donosi na naszych łamach rzeczy niewiarygodnych.

Na głównej ulicy w lubianej i kochanej Krainy Absurdem Idiotyzmem i Miodem płonącej pojawiła się chuda, ale prawie przypakowana (prawie robi wielką różnicę…) osoba uganiająca się za bezbronnymi dziewicami  (i nie tylko…). Bezbronnymi gdyż każdy wyczuwa respekt przed tajemniczym, nieogolonym napastnikiem (tak, tak, tak, atakuje z ukrycia!) więc płeć męska zamiast pomóc pannom wolała akurat udać się do sklepiku lub pośmiać się z zaistniałej sytuacji. Policjantów niestety nie było na feralnej ulicy im. Łaganostyny Mariackiej (ciekawe dlaczego akurat na tej…). Oczywiście sprawa została zgłoszona do prokuratury, jednak policjantom nie udało zdobyć nagrań z monitoringu. Cóż, prąd na świecenie się czerwonej lampki atrapy kamery sło-hoho-no kosztuje. Brak interwencji ze strony służb bezpieczeństwa sprawił, że jedynym ratunkiem dla biednych poszkodowanych jest mistyczne miejsce, które każda osoba płci męskiej omija z kilku metrów (przy okazji wydało się, że napastnik jest płci męskiej). Miejsce to zwane jest…

Szaletem damskim.

Z tajnych danych operacyjnych policji (ha, ale mam wtyki, co?) wiem, że dzie…wczynom udało się przeżyć do kolejnej pełni księżyca, gdy zabrzmiał Wielki Dzwon, po czym napastnik zniknął nagle. Po rozmowie z najbardziej dręczoną osobą, Ryśką Kajną wiem, że postać powraca w snach… ba! Koszmarach! a czasem w realnym świecie…

BEWARE

Pozdrowienia z krainy absurdu!

Terroristo

Po dwóch ostatnich wpisach dotyczących w szkole postanowiłem by różnego rodzaju nietypowe lub głupie sytuacje ze szkoły przedstawiać za pomocą „Krainy absurdu”, w wersji groteskowej, dość charakterystycznej dla mnie.

W krainie absurdu jest nasz specjalny wysłannik, Webbie. Opowie nam o drastycznych wydarzeniach, które miały miejsce w tym kontrowersyjnym miejscu.

Godzina siódma, na spawnie pojawiają się terroryści (cóż, policjanci, znaczy Swatowie czy tacy tam inni, trochę wcześniej, bo w końcu im za to płacą). Powoli mrugają swymi powiekami by już za chwilę na swe plecy założyć pakę. Niestety terroryści dziś są bardzo biedni i muszą oszczędzać, więc marzenia o AK-47 się raczej nie ziszczą. Ale siatka z HE Granade powinna wystarczyć by wysadzić w powietrze obiekt.
Wielką.
Złowieszczą.
Niepotrzebną.
Złą
Zuą
Szkołę.
Zaznaczono na mapie punkt A, który idealny był do wielkiej spaleniny. Wkoło wiele drewnianych desek i innych fajczących się rzeczy, a nieopodal kotłownia, która z pewnością wybuchnie po czym zmiecie budynek z powierzchni ziemi. I przy okazji 300 osób w jego środku… Tak, to dokładnie to co terroryści lubią najbardziej. Oczywiście terrorysta nie był jeden, na spawnie pojawiło się kilku, z których ze 3 zapomniało się wyposażyć i rozczarowani poszli na WF. Na szczęście dwóch się odważyło. Kolega z HE podłożył go, niestety był zdeczko spóźniony, więc szybciutko poszedł na lekcje. Został ostatni, najbardziej zdemoralizowany, dla którego czas nie gra roli. Miał przy sobie zapalniczkę. Nie ciężko się domyśleć, że granat już się palił (powoooli), a ucieszony terrorysta zwiał.
W sumie to średnio zdemoralizowany bo na lekcje.
No i tu można było by zapomnieć o szkole, gdyby nie to, że oddział antyterrorystyczne były na miejscu i sam Główny Saper z nickiem Dyrector desperacko rozbroił bombę. Była to już druga jego udana akcja, więc niesamowicie się ucieszył i poszedł poszpanować terrorystom, organizacji znanej jako „klasa 3a”. Niestety nie miał dowodów (sprawcy założyli rękawiczki. W sumie nic dziwnego, przecież zima jest), kazał się przyznać. Wśród terrorystów wybuchły (widzicie tam po lewej? Tak, to bardzo zabawna aluzja!) rozmowy, nikt nie przypuszczał, że ktoś odważy się w ten sposób zniszczyć bazę Counter-Terroristów. Wydało się. Terroryści zwani El Sosem Hubertosem i Majkelem Nie Dżordanem zostali przedstawieni przed sądem stanu Dyrs Carpet i zostały z nich wyciągnięte niesamowite, wręcz tragiczne konsekwencje.

Nic.

Pozdrowienia z krainy absurdu!

Webbie,
główny reporter…
(a właściwie jedyny) Blogu Webzira.

Witamy w krainie absurdu!

Już od pewnego czasu jestem pozbawiony komórki. Spytacie czemu? Czyżby mój biedny Samsung S7330 musiał pójść do naprawy? Nic bardziej mylnego – została mi podstępem zabrana!

No może ten podstęp nie był zbyt podstępny, a zabranie było uargumentowane.

Długa przerwa. Naprawdę, DŁUGA, BARDZO DŁUGGAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA przerwa. NIIIEEEEEEE MAAAAAAAAAAA COOOOOOOOO ROOOOOOOOOBIIIIIIIIĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ. 15 minut czekania i nic nie robienia. NUDAAAA. Większość poszła żreć obiad, mniejszość poszła przepisywać matematykę do biblioteki, paru zostału i się TOTALNIE NUDZI. Nie da się ukryć, że NIC NIE ROBIENIE W SZKOLE jest NAJBARDZIEJ NUDNĄ RZECZĄ NA ŚWIECIE. Dlatego idąc za czynami tłumu – którymi były osoby z korytarzu – wyciągnąłem swoją komórkę! ZBAWIENIE! Poczytam sobie Onet.pl i zajebiaszcze komenty zajebiaszczych ludzi. A tu zonk, bo niczym Asasyn ze schodów zszedł „lekko” wkurzony dyrektor. Zabierając mi komórkę bardzo NIE ładnie podziękował i sobie poszedł…
Przez najbliższą minutę na mojej twarzy było widać tylko: WTF? Szczególnie, że wspomniana reszta korytarzu dalej sobie klikała na swoich komórczekach przesłitaśne esemesy.

No dobra, jest zakaz, od poprzedniego roku. Komórkę miałem codziennie, jak zresztą 90% uczniów. Używana na przerwach – co ja złego zrobiłem, że chcę się dowiedzieć jaką pierdołę powiedział jeden Tusk czy inny Kaczyński? Nauczyciele nigdy na to nie zwracali uwagi, ba, na chemii i kilku innych przedmiotów noszenie komórek jest wręcz wskazane – czasami przydaje się kalkulator, a ciężko znaleźć teraz model nie mający ten funkcji.

No ale zakaz jest – bo KOMÓRKA jest rzeczą NIEBEZPIECZNĄ i w ogóle, ktoś nagadał dyrekcji, że jak nakręci ktoś filmik i wrzuci na sieć to będzie wstyd.

Na pierwszy rzut oka genialne – zabronimy, nie będzie komórek i nikt nic nie nakręci!
Drugi rzut oka, na który dyrekcję niestety, buuu! nie stać: pomysł kompletnie, centralnie do dupy. BO:
-I tak 90% osób nosi (jakoś wątpię żeby ci potencjalni „reżyserzy” zaprzestali)
-Komórka służy do innych, ciekawszych rzeczy.

Ciekawe dlaczego nie zabroniono np. przynoszenia kamer? Albo aparatów? Równie dobrze aparatem marki Panasonic można zrobić zdjęcie „oklepanemu” koledze czy nagrać kamerą cyfrową Samsunga solówkę przed szkołą. Niestety – okazało się, że służąca uczniom do nienudzenia się na zastępstwach i przerwach komórka to zuo totalne, które trzeba zniszczyć! Co z tego, że przeciwko 300 komórkom do złapania jest jeden biedny dyrektor! Trzeba pozbawić biednych uczniów swych zabawek żeby zgniły z nudów, muuachachahach!

Jako że jestem dobre dziecko przygotowałem – SPECJALNIE DLA DYREKCJI specjalną listę potencjalnie niebezpiecznych urządzeń, które są równie szkodliwe, jak zue komórki. Tak więc należy je zakazać:

-Cyrkiel – aż dziwne, że ten demoniczny przedmiot do podcinania żył jeszcze jest w użytku uczniów. Jak go zastąpić? A nauczyć się ładnie odręcznie kółka rysować, a co kurwa!
-Ołówek – jak wyżej! Przecież wiadomo, że zastrugany ołówek jest przyczyną wielu wydłubań ok (oczu? ;d)! ZLIKWIDOWAĆ
-Kamery – kamera w sali religijnej jest bardzo niebezpieczna! A co gdy nagle któryś uczeń postanowi rzucić w nią książką (o kurde, je też trzeba zakazać!), a ona spadnie na biedną Weronikę z pierwszej ławki, która biedna chciała się nauczyć czegoś o życiu Chrystusa?
-Plecaki to już totalne zuo: krzywi kręgosłupy, przez co Polska w 2017 będzie nazywana „Krajem skrzywionych kręgosłupów”, a to wszystko przez plecaki. Zakazać!

Właśnie zauważyłem, że wszystko co jest codziennie używane w szkole jest POTENCJALNIE BARDZIEJ NIEBEZPIECZNE NIŻ BIEDNA KOMÓRKA, KTÓRA JEST TĘPIONA JAKO PRZEDMIOT NAJWYŻSZEGO CHOLERSTWA.

Gdzie tu logika? Jak ktoś ją znajdzie to niech prześle na adres mojej szkoły, przyda im się na pewno.

Ja do dyrektora odbierać komórki za żadną cholerę nie pójdę, nie będę się prosił. Bo by to jeszcze wyglądało, że popieram ten zakaz. Cóż, ja mogę poczekać. Tylko niech nikt nie myśli, że przestanę używać komórki w szkole – nawet zacznę bardziej. Tylko będę ją bardziej… hm, krył?

No nic, pozdrowienia z krainy absurdu!

O dysleksji okiem nauczyciela… dobra, to o całkowicie czym innym, ale nagłówek musi być oryginalny, nie?

Otóż opowiem jak dysleksja zniszczyła moją czwórkę z plastyki…

Ej no, nie mam dysleksji, ale to wcale nie musi oznaczać, że nie może mi popsuć oceny.

Otóż, pewnego dnia pani G. zebrała zeszyty z plastiki… z plastyki, kurna. Okazało się, że dostałem 4+. W sumie dość zdziwiony, no ale wszystkie notatki były i w ogóle. Wystawione zostało mi 4/5. Ucieszyłem się, bo na 5 aspiracji nie miałem żadnych, a trzeba było wykonać pracę, które nooo… średnio mi wychodzą. Tak więc rysunek olałem i liczyłem na 4 w mojej kratce w dzienniku.

Aż tu nagle pewnego dnia, zebrała zeszyty znowu – po pracę domową, której miałem połowę. No dobra, poprawię ją jakoś i będzie ta czwórka – pomyślałem. Ale jakie było moje zdziwienie, gdy poprzednie 4+ było zmienione na 2! a za pół pracy domowej dostałem 2- (bo jak się okazało sprawdziła tylko tę część, której nie miałem).

A gdzie tu dysleksja? No bo uzasadnieniem skreślenia 4+ było to… że nie jestem dyslektykiem, bo iście przekonana pani była, że na pewno, chociaż nikt nigdy jej nic takiego nie powiedział.

Przepraszam bardzo, ale ja chcę wiedzieć na czym stoję, a nie takie jakieś popierdolone kreślenie wystawionych już ocen. Kolejny idiotyzm szkolny, z którym nikt nic nie zrobi, a bo po co, do nauki nieuku zasrany!

Dark Messiah Might and Magic – recenzja

Każdy obrazek umieszczony w recenzji można powiększyć klikając na niego.
Uwaga: jeżeli średnio interesują Cię początki i powstawanie gry – omiń pierwszy akapit.

Nie śpij... Bo cię zabiją!
Nie śpij… bo cię zabiją!

Któż nie grał w legendarne Heroesy? Ciężko by było znaleźć takiego osobnika. (jeżeli takowym jesteś – leć do sklepu i kupuj którąkolwiek część, bo naprawdę warto). Wyszło ich już 5 części tego cyklu (i kilka razy więcej dodatków). Każdy z nich okazywał się hitem, a „trójka” do dziś zachwyca swą genialnością. Po co o tym wszystkim piszę? Bo przed wyprodukowaniem „piątki” Ubisoft kupił prawa do świata Might & Magic, w którym rozgrywają się wszystkie gry z pod znaku „Bohaterów”. Nival na komendę Ubi wziął się za tworzenie Heroes 5. Jednak tworzenie takiej gry to nie kwestia miesięcy lecz lat. Ubi postanowiło wydać całkiem nową grę spod szyldu M&M.
Teraz przenieśmy się do francuskiego, mało znanego studia Arkane. Miał dość ciekawy pomysł – gra RPG przestawiona z oczu głównego bohatera – zupełnie jak w FPSie. Do tego dochodzi magia, miecze, skrytobójstwo… Taak, chyba nikt nie ma wątpliwości, że to co najmniej ciekawy pomysł. Niestety produkcja „Gry bez nazwy” postępowała bardzo powoli – gra była pisana od podstaw. Jakimś cudem (a cudem tym okazały się jedne z targów) Arkane spotkało się z przedstawicielami Valve… tak, tych od Half-life’ów, Counter-Strike’ów czy Team Fortressów. Spodobał im się pomysł niedoświadczonych francuzów. Za pomocą siły pieniężnej i uściśnięcia dłoni (no dobra, jakaś tam umowa też była podpisana) ucieszone Arkane dostało w swoje ręce cudo w postaci silnika Source. Używany do dziś (choć ma już 5 lat) silnik sprawił, że produkcja ruszyła z kopyta i fuzja RPGa z bijatyką i światem fantasy była w coraz bardziej zaawansowanych stadiów rozwoju. Prasa growa zwykła nie skąpić miejsca o tym jakże ciekawym tytule. Oprócz na Single’a liczono na tryb Multi (jak wiadomo gry Source’owe w większości są robione właśnie pod zabawę w sieci), który tworzony był pod platformę Steam i w ogóle przez inną firmę – amerykańskie Kuju. Oczywiście między dwoma teamami nawiązała się ścisła współpraca.

Owocem długich prac w sumie dwóch zespołów jest właśnie Dark Messiah Might and Magic wydany na całym świecie przez Ubisoft.

Jak widać drzewka umiejętności i ekwipunek wyglądają dość okazale, choć nie jest to Diablo z tysiącami mieczy czy pancerzy.

W przeciwieństwie do „przyjaznych”, innych gier fantasy w DM wcielamy się w bohatera żyjącego w pełnym, bardzo niebezpiecznym świecie. Oczywiście w innych grach również pokonujemy groźne stworzenia, toczymy epickie bitwy… jednak nic nie ma w sobie tak mrocznego i „mocnego” klimatu jak DM! Tutaj każdy cios zadawany przez Saretha – głównego bohatera – przechodzi przez umysł gracza zwiększając jego tętno.

Ale może zacznijmy od początku. O co tutaj w ogóle chodzi? Jak już wspomniałem wcielimy się w Saretha – ucznia Mistrza Phenriga. Zaczynamy w pomieszczeniu pełniącym rolę samouczka. Już ten poziom (który rozgrywa się w ciemnych jaskiniach) daje znać, że gra przeznaczona jest dla graczy z bardziej mocnymi nerwami (zresztą kwalifikacja PEGI to 18+ ze względu na wielką brutalność). Z początku banalna fabuła (znajdź w tym lochu kryształ bo tak!) przeistacza się w jedną z najciekawszych (choć bardzo liniowych) epickich historii w jakie miałem przyjemność grać. Mimo, że przez 95% gry prowadzeni jesteśmy za rączkę liniowość nie jest tak odczuwalna, a gracz ma wrażenie, że uczestniczy w naprawdę dobrym filmie fantasy. Swoją drogą z grą zaznajomiło się kilkoro moich znajomych i właśnie ten „nieliniowy” moment w rozgrywce sprawił im największy kłopot…

A fu, nie myłeś się dzisiaj, brudasku!

Filmowość jest naprawdę wielkim plusem gry. Intro rozpoczynające grę jest zrealizowane tak, że chyba tylko osoby ich niecierpiące je pominęły. Zostajemy w nim wprowadzeni w historię, która z początku w ogóle nie będzie się kleiła z Sarethem. Jednakże to dopiero początek… Po udanej próbie samouczkowej, dzięki której dowiemy się jak walczyć za pomocą miecza i łuku wsiadamy na konia i jedziemy odwiedzić najbliższe miasteczko… no dobra, ogromne miasto Stonehelm (grałeś w Heroes 5 i coś kojarzysz? No to bardzo dobrze…), które… No cóż, nie chcę spojlerować, ale tak niesamowitego wstępu w wydarzenia naprawdę w innych tytułach szukać ze świecą. Wiele razy odsejwowyałem rozgrywkę by ponownie zobaczyć na ten „żywy” chaos w obleganym mieście… Ups, chyba się wysypałem.

Ciemność widzę. Ciemność. Hej, ja naprawdę widzę w ciemnościach! (a tak na serio: tak wygląda zaklęcie widzenia w ciemności :P )

Jak już wspomniałem grę napędza silnik Source, który tak bardzo dobrze wkomponował się w grę, że nie wyobrażam sobie DM bez niego. Oddał realizm połączony z wymyślonymi przez twórców zaklęciami, umiejętnościami, że nigdy nie widziałem bardziej realno-nierealnej gry. Cóż, ostatnie zdanie średnio mi się udało…
W grze głównie walczymy. Nasz bohater jest wojownikiem, magiem i skrytobójcą. Granie np. samym magiem jest całkowicie nieopłacalne, gdyż zbyt szybko wyczerpiemy manę na zaklęcia – i co potem? Albo, nie uda nam się przejść niespostrzeżeni. I co? Naparzamy pół godziny w jednego orka, a ten nawet nie drgnie. I co? I koniec. Dlatego najlepsze jest kombo dwóch klas (ja grałem np. wojownikiem i magiem na dalszy plan zrzucając sztukę zabójstwa). Każdy ma dla siebie jedno drzewko rozwoju. Są one bardzo proste i przejrzyste. Sprawia to, że osoba, która nie ma styczności z grami RPG z pewnością sobie poradzi, a hardkorzy wcale nie będą smęcić i będą woleli rzucić się w wir walki. Jak każdy.

Chcesz widzieć w ten sposób? Masz dwa wyjścia: A) zostań satanistą b) dojdź do 7 aktu w DM

A ta, jak już wspominałem jest tak emocjonująca jak.. no właśnie, jest jedną z najbardziej emocjonujących rzeczy, które miałem przyjemność robienia w grach wideo. Każdy zamach, każdy wypuszczony czar i każdy blok jest niesamowitym przeżyciem, do którego wciąż się chce wracać! W dodatku gdy uzbieramy odpowiednią ilość adrenaliny (wystarczy ciachać wszystko dookoła) będziemy mogli wykonać super atak. Wojownik wykona efektowny odrąb głowy czy przecięcie wroga na pół (a krew sączy się litrami), mag podniesie wroga i zabije nim jego przyjaciół a skrytobójca rzuci sztyletem prosto w gardło demonicznego orka. Tak, to są momenty dla których warto żyć!… no dobra, dla których warto mieć komputer :P .


Chwila wytchnienia idealna by otworzyć pobliską bramę.

Mapy są wykonane po prostu perfekcyjnie. Każdy znajdzie coś dla siebie (panowie ze sztyletami wiele mrocznych zaułków, wojownicy wielkie pola do walki a magowie ładne wzniesienia do rzucania błyskawicami) w dodatku pełne są sekretów.

Ulubiona plansza każdego adoratora Source’a

Arkane postawiło na integrację ze środowiskiem. Wróg stoi pod drewnianą kładką? Zniszcz ją, a on zginie pod gruzami. Niedaleko pali się ognisko? Podpal strzałę bo czym wystrzel ją w kierunku monstrualnego pająka, który się zapali. Takich smaczków jest bardzo wiele. Dodają one realizmu jak i emocji – brawo!

Ktoś tu się prosi o Fireballa

Oczywiście w tego typu grze nie mogło zabraknąć bossów – walki z nimi są jeszcze większym wyzwaniem niż zwykła walka – latającego smoka raczej ciężko uśmiercić malutkim mieczem, prawda?

Kolejny plus – znakomite dialogi!

Warto powiedzieć coś o grafice – mimo, że gra ma już dobrych parę lat to nadal potrafi zachwycić swym pięknem i efektywnością. Source z pewnością pomógł panom z tym panom z Arkane. Dynamiczne oświetlenie, idealna mimika, wygląd postaci… To wszystko w ogóle się nie postarzało! No, może tekstury odbiegają trochę od dzisiejszych standardów, jednak zapewniam, że DM nie jest grą, której mógłbyś się wstydzić przed 11% graczy, którzy uważają, że najważniejsza jest grafika. Na potwierdzenie jeden z ładnych widoczków tuż pod tym akapitem.

A jak poradziło sobie Kuju z multiplayerem? Ano, całkiem dobrze! Widać, że nie jest on całkowicie taki sam jak DM, więc grę można odkrywać na nowo. W Mutli DM traci trochę na dynamiczności rozgrywki. Żeby przebiec z bazy jednej drużyny do drugiej trzeba trochę czasu, gdyż mapy są ogromne.

Gobliny zostały rzucone… …na gobliny.

DM niestety nie jest grą idelną – największe zgrzyty – o dziwo – dotyczą silnika – Arkane wcisnęło drabinki, liny, z którymi nie radzi sobie on zbyt dobrze. Np. podczas wchodzeniu na tej linie zablokowałem się w ścianie po czym spadłem po jej drugiej stronie (czyli tak, gdzie powinna być wypełniona). W sumie nie przeszkadza to w grze, jednak bugbusterów mogą one zniechęcić.

W linowym potrzasku – czyli jeden z bugów.

Muzyka? Istne piękno. Znakomicie buduje klimat, kompozycje są bardzo złożone i różnorodne, zatrudniona orkiestra i chór jest po prostu genialna. Zawsze idealnie wpasuje się w sytuację.

Posumowując? Dark Messiah jest jak najbardziej godny uwagi! Około 8 godzin Single Playera i o wiele więcej na Steamowym Multi za 25zł? To je to i to bardzo! Grę w zasadzie można polecić każdemu szukającemu wrażeń. Dark Messiah Might and Magic z pewnością Ci takowe zapewni.