logo

Recenzja Sabaton – “The Art of War”

Autor: Webzir o piątek 8. Styczeń 2010

Dziś pod swoją lupę postanowiłem wziąć najpopularniejszy album powermetalowej formacji “Sabaton”. Wcześniej panowie w typowym składzie (wokal, 2xgitara elektryczna, basowa, klawisze i perkusja) nie wybijali się zbytnio spośród innych metalowych zespołów, mimo iż ich muzyka zbierała dość pozytywne oceny.

No ale nastąpił “The Art of War” i zaczęło się dziać. Gdy tylko Polacy usłyszeli, że jedna piosenka taktuje o polskich żołnierzach (i to w bardzo pozytywnym znaczeniu) rzucili się na tubę, gdzie niczego niespodziewający fan wrzucił teledysk do owej piosenki. Nagle stali się popularni. Cud czy przypadek? Ja obstawiał bym raczej to drugie…

Album nawiązuje do tekstowo do II Wojny Światowej oraz – w krótkich przemówieniach – do twórczości Sun Zi (ciachnięte z wikipedii: jeden z największych starożytnych myślicieli Dalekiego Wschodu, autor Sztuki wojennej Sun Zi (孙子兵法), najstarszego na świecie podręcznika sztuki wojennej). O tekstach więcej mówić nie będę – bo szczerze powiedziawszy wojny średnio mnie interesują.

Zaczynamy krótkim intrem “Sun Tzu Says”. Raz można posłuchać – jeżeli ktoś chce zgłębiać przesłanie płyty – potem od razu przeskakujemy na “dwójkę”…

…gdzie czeka na nas “Ghost Division”, bardzo mocny metalowy kawałek, który na tle pozostałej płyty nie wyróżnia się zbyt bardzo. Za to jest idealnym zapoznaniem: można dowiedzieć się, że cała płyta będzie obfitowała w najróżniejsze chórki i mocny, wojenny klimat. Przed ostatnim refrenem całkiem udana solówka na klawiszach.

Kolejny kompozycja, “The Art of War” kontynuuje klimat swego poprzednika, tym razem w nieco wolniejszy sposób. (ale tylko nieco :P ) Niestety jest tu gorszy refren, niby tytułowe “The Art of War” wszyscy sobie zanucą, ale jest schrzanione dość prymitywnymi efektami klawiszowymi. Średniak.

Gdy uszy zwykłego metalowego casualowca powoli zaczynają się prosić o jakąś balladę otrzymujemy supersławne 40:1. Jeszcze mocniejsze uderzenie niż “Ghost Division”, z bardzo wpadającym w ucho refrenem, przerwana przez chwilę czymś na wzór ballady. No i oczywiście tekst sławiący polskich żołnierzy. Bardzo udany utwór.

“Unbreakable”, z numerem 5 jest pierwszym wolniejszym utworem, można by nawet rzec, że melancholijnym. Przynajmniej początek (który jest dość nudny), bo później szybkość zostaje podkręcona – i to jest niewątpliwie lepsza część piosenki. Zwieńczona dobrą solówką na gitarze. W sumie wychodzi średniak, choć dość specyficzny.

Dwa razy użyłem już słowa średniak – chodzi mi o to, że fan ogólnie pojętego metalu może się przy nich nieco nudzić, mimo niesamowitej energii w nie włożonej. Osoby lubiące power metal z pewnością bardziej to docenią.

Zaraz po kolejnym przemówieniu “The Nature of Warfare” otrzymujemy najbardziej singlowy, najbardziej wpadający w ucho i najlepszy kawałek na płycie (3xnaj!). Niesamowicie udane połączenie klawiszy, chórków, nieco skrzeczącego głosu wokalisty i wojennego klimatu.

Album “The Art of War” mimo, że z początku wydaje się być tylko bezmyślną łupaniną tak naprawdę jest bardzo zróżnicowaną, szybką, bardzo dobrze zagraną muzyką. Trzymająca równy poziom. Nie jest ona może zbyt innowacyjna, ale w Polsce na pewno zostanie zapamiętana dzięki “40:1″, a świat będzie ją cenił jako najlepszą płytę powermetalową 2009 roku.

Ocena ostateczna: 69%

Teledyski zrealizowane:

Szczegóły: (kliknij by powiększyć)

Napisany w Bez kategorii | Brak komentarzy »

Seksoholik na ulicach Krainy Absurdu

Autor: Webzir o piątek 8. Styczeń 2010

Kolejne sensacyjne wieści od naszego jedynego reportera, który niczym pracownicy Faktu donosi na naszych łamach rzeczy niewiarygodnych.

Na głównej ulicy w lubianej i kochanej Krainy Absurdem Idiotyzmem i Miodem płonącej pojawiła się chuda, ale prawie przypakowana (prawie robi wielką różnicę…) osoba uganiająca się za bezbronnymi dziewicami  (i nie tylko…). Bezbronnymi gdyż każdy wyczuwa respekt przed tajemniczym, nieogolonym napastnikiem (tak, tak, tak, atakuje z ukrycia!) więc płeć męska zamiast pomóc pannom wolała akurat udać się do sklepiku lub pośmiać się z zaistniałej sytuacji. Policjantów niestety nie było na feralnej ulicy im. Łaganostyny Mariackiej (ciekawe dlaczego akurat na tej…). Oczywiście sprawa została zgłoszona do prokuratury, jednak policjantom nie udało zdobyć nagrań z monitoringu. Cóż, prąd na świecenie się czerwonej lampki atrapy kamery sło-hoho-no kosztuje. Brak interwencji ze strony służb bezpieczeństwa sprawił, że jedynym ratunkiem dla biednych poszkodowanych jest mistyczne miejsce, które każda osoba płci męskiej omija z kilku metrów (przy okazji wydało się, że napastnik jest płci męskiej). Miejsce to zwane jest…

Szaletem damskim.

Z tajnych danych operacyjnych policji (ha, ale mam wtyki, co?) wiem, że dzie…wczynom udało się przeżyć do kolejnej pełni księżyca, gdy zabrzmiał Wielki Dzwon, po czym napastnik zniknął nagle. Po rozmowie z najbardziej dręczoną osobą, Ryśką Kajną wiem, że postać powraca w snach… ba! Koszmarach! a czasem w realnym świecie…

BEWARE

Pozdrowienia z krainy absurdu!

Napisany w Różne | Brak komentarzy »

Terroristo

Autor: Webzir o czwartek 7. Styczeń 2010

W krainie absurdu jest nasz specjalny wysłannik, Webbie. Opowie nam o drastycznych wydarzeniach, które miały miejsce w tym kontrowersyjnym miejscu.

Godzina siódma, na spawnie pojawiają się terroryści (cóż, policjanci, znaczy Swatowie czy tacy tam inni, trochę wcześniej, bo w końcu im za to płacą). Powoli mrugają swymi powiekami by już za chwilę na swe plecy założyć pakę. Niestety terroryści dziś są bardzo biedni i muszą oszczędzać, więc marzenia o AK-47 się raczej nie ziszczą. Ale siatka z HE Granade powinna wystarczyć by wysadzić w powietrze obiekt.
Wielką.
Złowieszczą.
Niepotrzebną.
Złą
Zuą
Szkołę.
Zaznaczono na mapie punkt A, który idealny był do wielkiej spaleniny. Wkoło wiele drewnianych desek i innych fajczących się rzeczy, a nieopodal kotłownia, która z pewnością wybuchnie po czym zmiecie budynek z powierzchni ziemi. I przy okazji 300 osób w jego środku… Tak, to dokładnie to co terroryści lubią najbardziej. Oczywiście terrorysta nie był jeden, na spawnie pojawiło się kilku, z których ze 3 zapomniało się wyposażyć i rozczarowani poszli na WF. Na szczęście dwóch się odważyło. Kolega z HE podłożył go, niestety był zdeczko spóźniony, więc szybciutko poszedł na lekcje. Został ostatni, najbardziej zdemoralizowany, dla którego czas nie gra roli. Miał przy sobie zapalniczkę. Nie ciężko się domyśleć, że granat już się palił (powoooli), a ucieszony terrorysta zwiał.
W sumie to średnio zdemoralizowany bo na lekcje.
No i tu można było by zapomnieć o szkole, gdyby nie to, że oddział antyterrorystyczne były na miejscu i sam Główny Saper z nickiem Dyrector desperacko rozbroił bombę. Była to już druga jego udana akcja, więc niesamowicie się ucieszył i poszedł poszpanować terrorystom, organizacji znanej jako “klasa 3a”. Niestety nie miał dowodów (sprawcy założyli rękawiczki. W sumie nic dziwnego, przecież zima jest), kazał się przyznać. Wśród terrorystów wybuchły (widzicie tam po lewej? Tak, to bardzo zabawna aluzja!) rozmowy, nikt nie przypuszczał, że ktoś odważy się w ten sposób zniszczyć bazę Counter-Terroristów. Wydało się. Terroryści zwani El Sosem Hubertosem i Majkelem Nie Dżordanem zostali przedstawieni przed sądem stanu Dyrs Carpet i zostały z nich wyciągnięte niesamowite, wręcz tragiczne konsekwencje.

Nic.

Pozdrowienia z krainy absurdu!

Webbie,
główny reporter…
(a właściwie jedyny) Blogu Webzira.

Napisany w Refleksyjne i opiniotwórcze | 2 Komentarzy »

Once extra 6-12

Autor: Webzir o poniedziałek 28. Grudzień 2009

Pamiętacie jeszcze opowiadanie Once? Jeżeli nie można przeczytać je tutaj: http://www.sunline-studio.com/blog/?p=349. Napisałem do niego kilka dodatków, które można przeczytać tutaj: http://www.sunline-studio.com/blog/?p=385… Przez ten czas napisałem więcej niż miałem w planach (i w ogóle nie zawieszam dalszej “produkcji”) krótkich dodatków. Dziś na blogu premiera od szóstki do dwunastki. Tylko nie czytaj bez uprzedniego zapoznania się z poprzednimi częściami bo sporo nie zrozumiesz.

Once Extra [6]

-AJOJOJAOJJAJAAAAAJJ! – z piętra wydobywał się niezwykły krzyk.
-Coś mu się stało! – kobieta rzuciła się… no dobra, wbiegła po schodach, wzięła zakręt i uderzyła o drzwi. Gdy się podniosła szybko je otworzyła i zobaczyła chłopaka, który siedział na krześle. Wiercił się na krześle. Dobra, wymachiwał rękami i nogami. Krzyczał przy tym niemiłosiernie.
-Marcin, co Ci się dzieje!? Uspokój się! – krzyczała jeszcze głośniej niż owy Marcin kobieta, dzięki czemu zainteresowała sąsiada podglądacza, który usiadł na swoim stanowisku z lornetką. Nagle chłopak się uspokoił i powiedział:
-Nic, piosenka mi się skończyła.

„MEET THE MARTIN”

-Its de coś bifor de sztorm! Its de kłajt bifor de łot! Its de tajm łen cośtam łil dicaaaaieeeeeeeee! Co? Znowu ten pentagram? GRAAAAUUUU – książeczka z płyty Ayreonu, którą pożyczył mu Webzir leżała już rozszarpana na strzępy. Martin stał cały dysząc. (swoją drogą ciekawe jak to jest stać całemu dysząc). Zastanowił się chwilę – „a tam, zapomni że mi pożyczał”. Gdy miał się wziąć za sklejanie książeczki kropelką (żeby w przyszłości nie mógł już rozkleić) nagle zadzwonił telefon. Odebrał słuchawkę:
-Ogniokompromitacja Polska – to ludzka rzecz okradać – REKLAMA – Uwaga! W tym tygodniu licencja na ogień 10% taniej ze względu na przyznanie organizacji Euro 6666 Kraju Obojgu Braci wraz z Krajem Jednego Debila. Zamów już dziś! – KONIEC REKLAMY
-Halo Martin? – odezwał się znany mu głos w słuchawce
-Słyszałeś? Licencja na ogień 10% taniej! Yy, a tak w ogóle to kto mówi?
-Deedi, nie poznajesz?
-No tak jakoś nie… Podaj hasło?
-Zielona gazela?
-Złe
-Ayreon jest fajny?
-Jest fajny.
-Czyli dobrze?
-Nie
-No to ja już nie wiem!
-No, w końcu zgadłeś. No to gadaj co tam.
-Chodź ze mną na browca
-Czyżbyś nie wiedział, że to jest totalnie niehumanitarne i w ogóle blablabla?
-No to co?
-Dobra, idę.

*

Szedł sobie spokojnie ulicą prosto do DeediBaru podśpiewując:
-Joonas jest fajny, Joonas jest fajny tum dum dum i Ajren też! – zamyślił się chwilę – szkoda, że nie umiem fińskiego bo bym to zaśpiewał po niemiecku. – i poszedł dalej. Ogarnęło go przerażanie i panika gdy na horyzoncie spostrzegł całkiem urośniętą Szyszkę! Gdy chciał zawrócić i uciec zauważył, że jest otoczony przez szyszki! Całe miasto składało się tylko z Deedibaru i szyszek! Został cały otoczony. Wyraźnie najgru… największa szyszka podeszła do niego, przyglądnęła się mu i zaczęła mówić piskliwym tonem:
-Wiesz gdzie jest Deedosław!?
-Yy, no pewnie w domu – odpowiedział nieco zmieszany Martin
-Kłamiesz, zabrać go!

*

Obudził się za kratami w obozie szyszek. Wokół wszędzie rosły świerki je produkujące. Szyszki były zgromadzone wokół wielkiego kotła, w którym gotował się jakaś człekokształtna istota. Martin pomyślał o najgorszym
-Deedi? Będzie mi Cię brakowało… A (tu użytkownik napisał brzydkie słowo) z tym, jeżeli tu jestem to mnie będzie tu zaraz brakowało a to większa tragedia – ogarnęła go panika. Zza pleców usłyszał:
-Ej, tu jestem – po czym odwrócił się. Tam (w głębi klatki) stał Deedi
-Ale jak to możliwe? Żyjesz, hura! – Martin nie krył zadowolenia. Niestety gdy przypomniał sobie o pewnym fakcie radość mu się cofnęła – ale co z tego, jak nas zaraz ugotują? Tam już ktoś jest przeznaczony na pożywienie! Buu…
-Nie tragizuj, to jest dmuchana lalka z sexshopu, szyszki lubią gumę.
-Boję się myśleć co one robią z kondomami – powiedział Martin
-Ja też. – zamyślił się chwilę Deedi – ej no, trzeba opracować plan działania! Nie możemy czekać aż nas przerobią na gumkę!
-Taką do ścierania?
-Taką do zbierania.
-No to nie chcemy! – odpowiedział stanowczym głosem.
-No to tak, ja zniewalam wszystkich swoim wyrąbanym wyglądem, a Ty je pozabijaj.
-Dobra!
I wzięli się do roboty. W jednej sekundzie Martin kopnął w tekturową klatkę (a co, klatka to nie może być tekturowa!?) po czym całkiem się rozwaliła, a Deedi zdjął koszulkę. Wszystkie 150 szyszek popatrzyło… tak, zgadliście, nie na Martina. Rozległo się gromkie „ahhhhh”. Nieco zdezorientowany Martin rzucił zaklęcie podpalające („NUMERKLIENTA_RODZAJPODPALENIA_NUMERRACHUNKUBANKOWEGO”) i wszystkie szyszki zaczęły się palić.
Wolność!
Wrócili bez przeszkód do DeediBaru. Gdy popijali sobie browce wszedł do niego ubrany w garnitur człowiek z teczką i podszedł do Martina.
-Witam Pana, czy dziś to Pan użył zaklęcia na podpalenie?
-Tak, a bo co?
-Jestem przedstawicielem Ogniokompromitacji Polskiej i muszę niestety powiedzieć, że pomylił się Pan w wymawianiu zaklęcia, a generalnie podał Pan zły numer rachunku, tak więc proszę opłacić zaklęcie gotówką w tym miejscu.

No i browce poszły się kichać, bo nawet jak Deedi się dołożył to ledwo starczyło.
No i tym razem bez szczęśliwego zakończenia.

KONIEC

ONCE EXTRA [7]

Ciemności ogarnęły pączków.
Wprawni czytacze zauważą, że Pączków to wielka metropolia: zawiera w sobie Toruń, Strzyżów, Niestrzyżów, a gdzie mieszka Martin i Teo Phil to nie wiem, ale te miasta też. A trzeba powiedzieć, że to miasto bardzo skromne, kilka drewnianych chat podłączonych pod studnię w rynku i nielegalne generatory prądu w gminie miasta i wielki zamek Zaxa, który znika gdy się podejdzie oraz spalony obóz szyszek, DeediBar i „Usta Rybaka”. Takie małe wioski to idealne miejsce na schronienie się mistycznych (miało być magicznych, ale zbyt banalnie brzmi, a mistycznie jest podobnie, co z tego, że nie wiem co to znaczy) stworzeń. Kto by pomyślał, że w jaskini of Universe wkrótce narodzi się…
-Nudzi mi się! – Deedi nie krył niezadowolenia
-Mi też – odpowiedziała chórem cała drużyna (dla przypomnienia: Webzir i jego towarzysz, Zax z siostrą, Deedi i Ritta, Martin, Teo phil i zakneblowany TIRowiec, który tylko coś pomrukiwał w kącie.
-Odkąd wstrzymano dostawy browarów jest tu totalnie nie do wytrzymania!
-Bardzo dobrze, bo piwo jest niezdrowe ii… – Martin rozpoczął naukowy wywód
-CICHO BĄDŹ – kolejny chór
-Jeszcze trochę tych chórów to nagramy cover Ayreonu! – w umyśle Martina zrodziła się wspaniała idea, która zaraz wygasła – a tak, zapomniałem, że nikt z nas nie umie na niczym grać.
-Ja umiem grać w piłkę, ale to się chyba nie nada? – Teo phil chciał się do czegoś przydać
-Raczej nie… chociaż w sumie mógłbyś robić umc umc jak perkusja! – Martin zaangażował się – dobrze, mamy już chór, mamy perkusję… Przydałaby się gitara!
-Ja mam gitarę – z dumą powiedział towarzysz Webzira – mogę Ci sprzedać za pięć stów bo sam nie umiem grać.
-To jednak słaby pomysł.
I nastąpiła kolejna nuda. Słońce piekło po twarzy całą drużynę. (mimo tego, że było ciemno, ale ten świat co jest w tym opowiadaniu jest tak dziwny, że w sumie to wcale nie jest takie dziwne) Ze wszystkich lały się hektolitry wody. Deedi odseparowany od browców spijał ze wszystkich pot krzycząc: „BROOOWAAR DAAJCIE BROOWARRRRR”, a Ritta nie miała nawet siły by go pocieszyć. Nagle z pobliskiej rzeczki wyłonił się Wodo.
-Jam jest wielki Wodo, oddajcie mi cześć!
-Spadaj – wysiliła się Ritta po czym kopnęła go z półobrotu. Rybuś wywrócił się i wpadł do wody.
-Ryby powinny zdychać w wodzie – skomentował Webzir. Wodo wstał po czym cały się zaczerwienił (Wodusie są niebiescy, nie mówiłem tego, ale można się było domyśleć, nie?) i krzyknął głosem Majewskiego parodiującego Nergala:
-JAM JEST PAN BÓG WODNY, KTÓRY ZDOBĘDZIE DLA WAS BROWAR W ZIEMI EGIPSKIEJ – teraz już normalnie – a ty mnie kopiesz, wstydziła byś się!
-BROWAR!? CZY TY POWIEDZIAŁEŚ: BROWAR!? GRAAAUUU! – Deedi rzucił się na Rybola po czym on znowu wpadł do wody, a Deedi się zmoczył. Ech, już nie będę tego tłumaczył. Rybuś znowu powstał, tym razem się zzielenił i głosem posłanki Hojarskiej powiedział:
-”PIERWSZE. NIE BĘDZIESZ JADŁ RYBOLI SWOICH wróóććć WODO’ÓW SWOICH NA DAREMNIE” – aż się zdyszał, ale kontynuował: „DRUGIE. BĘDZIESZ BRONIŁ BROWARA SWEGO, NIENADA…” – nie dokończył bo wściekły Deedi rzucił się znowu na niego. Wszyscy oprócz ziewającej Ritty już spali, więc nikt tutaj nie ingerował. Gdy zaczął go jeść krzycząc „Dobry browarek!” Rybol wybuchł i brązowa breja zalała cały Pączków. Wszyscy się obudzili i zaczęli krzyczeć coś w stylu „błe”. Dopóki się nie zorientowali, że to był markowy browar! Wszyscy oprócz: Martina, który powiedział „wolę oranżadę”, Webzira i jego towarzysza, powiedzieli chórkiem: „wolimy soczek” i Deediego, który już schlał się zielonym Rybolem rzucili się do picia.

I chlaniu nie było końca.

KONIEC

Once [8]

Uczucia są najważniejszą częścią człowieka. Osoby bez uczuć są dla mnie równe z pewnego rodzaju zombiakami, które zamiast szukać dowolnego źródła życia marnują je dla pieniędzy. Poświęcają im całe życie by zdobyć „wystarczającą” sumę. Dopiero na starość, gdy sami potrafią jedynie pierdzieć przed telewizorem zatrudniają sobie masę służących a sami mogą marnować czas ile wlezie, jedząc przy tym jedzenie z najwyższej półki.
„Szczęście”.
Chyba każdy marzy by pod koniec swojego życia być właśnie taki: obijać się bez żadnych konsekwencji, bez żadnych problemów. Każdy do tego dąży – Zombie bez względu na koszty.
Dlaczego o tym mówię?
Dobre pytanie.
Nie dla mnie.
Świat chce i jest w pewnym stopniu idealny. Zabawne przygody połączone z beztroską stratą czasu sprawiają, że…

…Zresztą, nic się nie liczy.

Słońce zachodziło już… za… cóż, za chmurami, bo było ich pełno. Ale jakby ich nie było to i tak by się prędzej czy później schowały – za horyzontem. W Pączkowie zaczęły palić się już miastowe latarnie (tak, Pączków kupił licencję na ogień). Na razie ich światła prawie nie było widać – jeszcze było widno. Zadanie? Zdawałoby się: przeżyć kolejny dzień szkolny. Uczucia zmieniły wszystko, więc questa również nie odpuściły. „Nie zapomnij o nas”.
-Ciekaw jak miałbym – pomyślał. Jego myśli skupione były tylko na nich, dla nich żył i dla nich żyć będzie.

Nie warto o nich Zapomnieć…

Rzeka Lina przepływała nad mostem kawałek za Pączkowem. Był tam postawiony mały, skromny bar przy którym jak zawsze siedziało kilkoro „stałych klientów”. On również siedział.
Plaża wokół Liny była kamienista. Czasami można było spotkać kilka osób na trzech największych kamieniach – rozciągał się z nich ładny widok na okolicę i Linę.
Tylko on siedział.
Prawy, najbardziej oddalony od „cywilizacji” – barku – kamień był przez niego zajęty. Był na tyle duży, że zmieściło by się na nim jeszcze kilka osób.
Co z tego?
Nogi miał spuszczone na dość sporą wysokość (kamienie były na tyle duże, że trzeba było na nie wchodzić specjalnymi drabinkami). Obserwował chmury, w których schowało się słońce. Stawało się coraz ciemniej. Pojedyncze gwiazdy odbijały się od wody Liny. Księżyca tej nocy nie było widać ale i tak stanowił wspaniały, zapierający dech w piersiach widok.

Między oddalonymi latarniami poruszył się jakiś cień. Co chwilę był coraz większy by za chwilę się zmniejszyć, przeskoczyć na kolejną latarnię i znów zacząć od początku. Samotna noc jest tak fascynująca, że nawet ten drobny szczegół wydawał się interesujący. Jego zaciekawienie wzrosło gdy sylwetka (którą rozpoznawał) zaczęła się zbliżać. Postanowił nie ruszać się i dalej podziwiać.

…ten wspaniały widok.

Osoba weszła drabiną na kamień i stanęła obok niego. Przez chwilę oddychali na zmianę, po czym osoba, która przyszła odparła:
-Znowu… tu siedzisz – postanowił nie odpowiadać. Z jakiegoś powodu w jego oczach pojawiły się łzy.
-Wiesz, jak będziesz po…
-Wiem – pierwsze użyte słowo od kilku godzin padło z jego ust. Ostatnie przed nim to wyszeptane „wspaniały”. Chwile płynęły szybko jak woda Liny. Ostatecznie osoba, która przyszła poklepała go po ramieniu. Odchodząc powiedziała:
-Once.

„Once, Once, Once, Once, Once, Once, Once,
Once, Once, Once, Once, Once, Once”

W jego umyśle przez kolejnych kilka przypływów kłębił się tylko jeden wyraz.

„Once”.

ONCE [9]

Stres. Wielki, ogromny stres. Cała drużyna stała za kulisami wielkiego teatru. Będą musieli w końcu wyjść.
-No! Nie powinno być źle! – pocieszał wszystkich Martin
-Niech się stanie co ma stać! – odpowiedział Webzir i gestem skierował wszystkich na scenę. Ze sporym entuzjazmem na nią wbiegł. Będąc na środku nieco się rozkojarzył. Na widowni było zajęte tylko jedno miejsce. Kobieta gdy cały zespół już był na scenie krzyknęła:
-Ritta, nie wydurniaj się i chodź do domu bo obiad stygnie!
-Maaamo, zaraz mam koncert! – Ritta zaprotestowała
-No dobra, ale przyjdź jak skończysz bo dziadek zepsuł mikrofalę. – i sobie poszła.
-Yyy… Dlaczego tu nikogo nie ma? – Deedi jak zawsze trafnie ukazywał swe zdziwienie
-No właśnie… Martin, porozwieszałeś ulotki tak jak miałeś zrobić? – spytał towarzysz Webzira
-Oczywiście, przykleiłem jedną na lodówce u mnie w domu.
-Martiin! – niczym gromkie „panie prokuratooorzeee” powiedział Webzir
-No co!
-Ech, no to sobie nie pogram na moich skrzypcach – Zax również nie krył swojego niezadowolenia
-Z tym zespołem to był jednak marny pomysł – porozumiał się ze wszystkimi telepatycznie zakneblowany TIRowiec, który miał grać na wiolonczeli.
-Ech, dobra, chodźcie na browca – Deedi jak zawsze gotowy – Martin schrzanił Martin stawia! – uśmiechnął się szeroko na wieść o darmowym piwsku
-To teraz już robią piwa ze chrzanu? Kto by pomyślał, to może i ja się skuszę! Ale ten, wydałem całą kasę na reklamę więc jak mam postawić…
-Tysiąc złotych wydałeś na jedną ulotkę!? Wolne żarty – Webzir gdy usłyszał o pieniądzach nie mógł dać za wygraną
-No tego… A photoshop to co, tysiąc złotych dla celów niekomercyjnych!
-No ale przecież użyłeś go w celach komercyjnych i tak złamałeś licencję!
-Oj tam, czepiasz się!
Cały zespół „Martineyon” zszedł niezadowolony ze sceny.
-Ok, to my idziemy na obiad do Ritty – ucieszył się Deedi na wieść o darmowym obiadku – chociaż wolałbym jednak browca – znów nie krył niezadowolenia i popatrzył wkurzonym wzrokiem na Martina. Siostra Zaxa siedziała w kącie i płakała bo Martin nie chciał. On sam podąsał się jeszcze trochę i gdy wszyscy już mieli sobie iść powiedział:
-No, ten… dzisiaj kieszonkowe dostałem… i…
-Wybacz Ritta, browar wzywa! – krzyknął Deedi i obrócił się o 180 stopni w stronę Deedibaru
-Ja też chcę! – dziwnym trafem krzyknęli wszyscy.
-No dobra, to chodźcie, trudno już. – rzekł Martin po czym skierował się w tą samą stronę co Deedi
Wszyscy przeszli kawałek (siotra Zaxa musiała dobiegnąć, bo zatrzymała się jeszcze chwilę w kącie) gdy nagle na środku drogi w parę chwil wyrosło wielkie niebieskie drzewo.
-Co do…! – krzyknęli wszyscy (chociaż były to różne synonimy, typu: „wtf!?”, „uch?”, „co jest?”)
Nagle (jeszcze bardziej nagle niż wyrosło) drzewo przemówiło:
-Znam Was!
-A ja Ciebie nie – Ricie nawet nie chciało się składać większego tekstu obrażalskiego po czym kopnęła drzewo z półobrotu. Zabolało ją to więc wykrzyczała kilka dodatkowych bluzg, niestety, kopnięcie poruszyło tak drzewem, że spadł jej prosto na głowę wielki kokos. Straciła przytomność.
-RITAAA NIEEEE – krzyknęli wszyscy, no ale oczywiście Deedi najgłośniej, tak, że usłyszała siotra Zaxa, która jeszcze nie dobiegła
-No i co żeś zrobiło, drzewo głupie! – Deedi się wkurzył i kopnął je z całej siły. Całe poruszyło się i na głowy wszystkich pospadały kokosy. Wszyscy stracili przytomność.
Gdy przybiegła (szlochając oczywiście) siostra Zaxa i obczaiła sytuację wyraziła tak oto swoją frustrację:
-NO NIE NO, JA TU PŁACZĘ I SZLOCHAM A WY MI TU ŚPICIE POD DRZEWEM I NAWET MI NIE POWIEDZIELIŚCIE, BUUU – i uciekła w stronę placu zabaw.

Ciąg dalszy nastąpi?

Once [10]

Sztuka bycia.
Opanować ją do perfekcji.
Dlaczego?
Kamień jest jedną wielką aluzją. Podświadomą.

Na horyzoncie zaczęło pojawiać się już słońce. On dalej siedział – a raczej leżał – na jednym z trzech kamieni. Promienie światła lekko odbijały się od Liny. Choć nie było zimno, cały czas trząsł się i zgrzytał zębami. Po kilku minutach wpatrywania się w niebo postanowił wstać. Ujrzał niesamowity widok – wody i okoliczne łąki oraz lasy zawierały w sobie niesamowite piękno. Kolejne kilka minut „stracił” na wpatrywanie się w widok. Później chciał zejść z kamienia. Gdy chciał założyć nogę na pierwszy „schodek” drabiny, poślizgnął się (z rana było wilgotno i kamień stał się śliski). Spadł centralnie na głowę, momentalnie raniąc ją sobie i haratając ręce. Inne części ciała obeszły się bez szwanku ze względu na dość gruby ubiór, w którym występował: ciepła bluza i kurtka oraz ocieplane jeansy.
-Wstrząs mózgu to dokładnie to czego potrzebuję. – wymamrotał pod nosem. Chciał wstać – nie udało mu się. Nie miał siły.

Minęło kilka godzin. Zrobiło się już nieco cieplej, choć wiatr dalej był chłodny. Nadal leżał z głową w trawie. Nie spał przez cały ten czas. Usłyszał zbliżające się kroki. Po chwili odezwała się ta osoba, co ostatnio:
-Hej, żyjesz?
-Yh
-…Przecież mówiłem, że…
-Wiem.
-Ech, podnieś się, nie będziesz tu chyba leżał cały dzień?
-Dzięki tobie chyba nie.
Nie było to łatwe, ale udało postawić się go na nogi.
-Jak się czujesz? Krwawisz!?
-Tak jak zawsze. – wolnymi ruchami wyciągnął chusteczkę z kieszeni w spodniach, rozłożył ją i przystawił do czoła – naprawdę nic.
-Echh, może zrobisz coś w końcu ze sobą? Leżenie całe dnie na kamieniu to chyba nie najlepszy pomysł… W domu się pewnie zamartwiają…
-Jeżeli nie mają mnie w dupie.
-Nie myśl tak, z pewnością się martwią…
-Ich wina.
-Jak nie chcesz wracać to przyjdź przynajmniej do mnie i ogarnij się trochę. Który dzień tu już jesteś?
-Szczęśliwi czasu nie liczą.
-A ten (tu użytkownik napisał brzydkie słowo) swoje. No to jak, idziesz czy nie?
-Nie.
-Jak chcesz. Jak będziesz potrzebował…
-Dzięki. – jak gdyby nigdy nic, z przystawioną chusteczką (całą we krwi), upaćkanych spodniach i kurtce zaczął się przyglądać widokom. Odchodzący „znajomy” popatrzył jeszcze chwilę na niego, z nieco troskliwą twarzą.

Koniec?

ONCE [11]
Bawiła się tak w dwie siostry. Zabawa polegała na tym, że raz była siostrą numer 1, która ciągle płacze i ucieka. W tej formie cały czas siedziała na kącie piaskownicy i – a jakże – ryczała na cały głos. Czasami zmieniała się w drugą siostrę, wtedy wstawała i szła pomóc swojemu bratu i znajomym. Niestety, w połowie drogi znów zmieniała się w siostrę pierwszą i powracała do piaskownicy.
Gdy się ściemniło siostra postanowiła wrócić do domu. Po drodze pełnej szlochów i zawrotów w głowie dotarła na ulicę Bardzo Letnią po czym, cała spocona, wlazła do na klatkę a później (wyciągając klucz zza pazuchy) do domu. Przywitał ją tatuś:
-Gdzie byłaś do jasnej cholery!? Już druga w nocy!
-Nie krzycz bo zaraz się rozpłaczę!
-Y… no, przepraszam, martwiliśmy się…
-Martwiliście się!? BUUUU – i wybuchła płaczem. Tatuś pomyślał, że lepiej dziś ją o nic nie pytać, choć nutrowało go pewne pytanie: gdzie teraz jest Zax? Znowu się upił z tymi swoimi kolegami i śpi przed domem? Ale przed domem jest zimno. Kolejny powód by pójść i tego nie zobaczyć. No nic, idę spać chyba. – Wywód jaki uknuł się w głowie ojca Zaxa pozwolił mu na spoczynek w postaci snu.
***
-HOŁ HOŁ HOŁ – usłyszała Ritta. Był to, no, niech będzie, męski głos. Stała sama na białej chmurce, a w około nie było nic innego jak białych chmurek, przez co myślała, że się unosi w powietrzu, ale ja wiem lepiej, w końcu jestem narratorem wszechwiedzącym, nie?
-Mikołaj się kurna jakiś zasrany znalazł – mruknęła sobie pod nosem wstając.
-Czyli nie chcesz prezentu? – Ritta odwróciła się i zobaczyła Mikołaja, który jak ona lewitował na chmurce.
-Od takiego idioty nie – znów się obróciła (ech, zawrotu głowy można dostać) i poszła w przeciwną stronę. Niestety, zapomniała, że jest na wielkiej, nieskończonej chmurce, a jedyne co nie było białe to czerwone gatki mikołaja. Po paru krokach usłyszała wielki trach i krzyk Mikołaja.
-Coo jesst!? – i spostrzegła następujący obrazek: z niewiadomo skąd pojawiła się cała drużyna i spadła na Mikołaja, przygniotła go tak, że aż zrobiła się dziura w chmurce i on wyleciał.
-Ałaaa – chórek rodem z Martineyonu. Gdy wszyscy wstali odezwał się Martin:
-Gdzie jesteśmy?
-Nie mam pojęcia – odpowiedź Ritty. Głos zabrał Webzir:
-Jasno tu jak w mojej dupie – powiedział z dumą
-Yyy, a gdzie moja siora? – Zax jak zawsze troskliwy
-Chyba jeszcze nie dobiegła. Zaczekamy na nią? Napiłbym się! – Deedi najwyraźniej chlupnąłby browara, albo zjadł piwnego ryboluda, ale niestety nic nie wskazywało na obecność tych przedmiotów w pobliżu. Ba, nic nie wskazywało na obecność jakiegokolwiek przedmiotu w pobliżu!
-A co ma moja siora do napicia się?
-No generalnie nic, ale może by wyciągnęła jakieś piwsko zza pazuchy…?
Przerywając tą bestroską wymianę zdań odezwał się niewiadomoskąd (skąd my to znamy) gruby męski głos:
-I jak wam się podoba w mojej dupie? Whohohohhohoho (złowieszczy śmiech) – Wszyscy popatrzyli na Webzira.
-Ej no, przecież to nie moja! – szybko zaprotestował by tłumik gapiów dał sobie spokój
-Ma chłopok racje, jesteście we mnie!111 – głos nie dawał za wygraną
-(tu użytkownik napisał brzydkie słowo) gadaj kim jesteś bo jak nie to wszyscy zastosujemy… no nie wiem co, ale nasza drużyna słynie z wymyślania krótkoterminowych planów skopania wszystkim tyłków do okoła! – Deedi lekko się wnerwił, poza tym bolała go lekko głowa od uderzenia kokosu. Tak jak wszystkich zresztą.
-Jestem drzewem! Whohohohoho – znów złowieszczy śmiech.
Czy Drużynie uda się przeżyć… no wiecie gdzie? Czy nadzejdzie ratunek? Swoją drogą na Turbodymomena bym nie liczył… No nic, ciąg dalszy nastąpi!

ONCE [12]

Turbodymomen przechadzał się właśnie po powietrzu gdy spostrzegł coś dziwnego: wielką, białę, chmurzastą klatkę, z dziurą na dole. Podleciał nieco i zajrzał przez ten właśnie otwór. Jakiś ktoś krzyczał: “TURBODYMOMENIE RATUJ”. Oczywiśćie Dymomuś nie mógł nie zareagować. Specjalnie dla niego otwór powiększył się o 50% by ten mógł wejść.
Rozległo się gromkie “TURBODYMOMEN”!. Po czym w mgle pojawił się ten właśnie superbohater. Niestety nie umiał mówić, więc próbował porozumieć się za pomocą migów. Zrobił taką sekwencję ruchów: najpierw zapytajnik, potem wskazał na drużynę, potem na siebie a na końcu jakiś dziwny ruch. Wszyscy stali myśląc co chce Dymomuś chce im przekazać.
-On powiedział chyba “kto chce mnie wyruchać” – pierwszy zgadywał Martin
-Niie, to coś raczej typu “kto chce żebym go zjadł” – odezwał się głodny Deedi
-Ajj tam nie znasz się – Martin trochę fochnął. Niestety Dedomen… znaczy Turbodymomen pokręcił głową, że nikt nie zgadł
-Może “co wy chcecie ode mnie”? – Ritcie udało się zgadnąć bo Dymomuś się uśmiechnął. W tym momencie zadzwonił mu telefon, odebrał, było tak głośno, że wszystko było słychać:
-Dymomuś, gdzie jesteś? Miałeś znaleźć jakąś dziewicę i przylecieć na plan reklamy, tak jak się umawialiśmy!
-MmMM1!!mmM!! – Cośtam pomruczał w odwecie Demomuś
-No to szukaj dalej! – odparł nieco wnerwiony… “agent”? Turbodymomena
-Mmm. – po tych słowach rozłączył się, przeżegnał i pożegnał po czym odleciał.
-Tak to jest z tymi superbohaterami! Chodzą w niebieskich majtkach a jak pomóc to nie ma komu! – wkurzony (jak wszyscy zresztą) Webzir skomentował wydarzenie. No nic, musimy jakoś inaczej się wydostać.
-Kurna! – wkrzuony Zax kopnął w jedną ze ścian chmurkowej klatki, po czym ona odleciała. Jak się dało zauważyć ze wszystkich stron wielki ocean, a drużyna znajdowała się jakieś 100 metrów nad ziemią, przez co skok nie byłby najlepszym rozwiązaniem. Wszyscy byli wycieńczeni, bo już siedzieli w klatce jakieś 10 minut. I siedzieli by pewnie kolejne gdyby nie to, że z głębi wyszedł rybol! Tak, ten wspaniały rybol, który znakomicie zastępuje browca! Oczywiście jako pierwszy rzucił się na niego Deedi zadowolony, że wreszcie się schleje. Niestety gdy tylko zaczął gryźć rozległo się całkiem ludzkie “ałłł”, a rybol wcale nie był z browca tylko z niejadalnej gumy! Rybol zdjął sobie głowę… Hej, a co to! To jedak nie był rybol tylko przebrany za rybola człowiek! I zresztą nieco wkurzony:
-Ej no, pogryzłeś mi kostium na bal fishermanów! : (
-Yyy… no sorry, myślałem, że jesteś z browca! – Deedi wyraził nieco skruchy – a Ty kim jesteś i co tu robisz?
-No już mówiłem, że wybieram się na bal fishermanów i szedłem sobie tak a tu nagle jakieś drzewo mnie tu wessało. A jestem Fischer. Chciał podać wszystkim rękę, ale zapomniał, że Deedi mu ją przed chwilą odgryzł.
-Oj tam, do wesela się zagoi! – pocieszała go Ritta
-Teraz to już na pewno, bo nie znajdę sobie żadnej Fishermanki na balu Fishermanów : (

I tak do drużyny wstąpił Fischer.
Czy uda Im się uciec z chmurkowej klatki? Czy Turbodymomen nakręci w końcu reklamę? Tego ostatniego się nie dowiecie, no ale i tak warto czekać!

Swoją drogą aż się dziwię, że udało mi się już tyle tego napisać. Następnym razem postaram się coś naprawdę dłuższego skrobnąć (ala pierwsza część), mam nadzieję, że się uda. :)

Napisany w Opowiadania | Brak komentarzy »

Witamy w krainie absurdu!

Autor: Webzir o sobota 26. Grudzień 2009

Już od pewnego czasu jestem pozbawiony komórki. Spytacie czemu? Czyżby mój biedny Samsung S7330 musiał pójść do naprawy? Nic bardziej mylnego – została mi podstępem zabrana!

No może ten podstęp nie był zbyt podstępny, a zabranie było uargumentowane.

Długa przerwa. Naprawdę, DŁUGA, BARDZO DŁUGGAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA przerwa. NIIIEEEEEEE MAAAAAAAAAAA COOOOOOOOO ROOOOOOOOOBIIIIIIIIĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ. 15 minut czekania i nic nie robienia. NUDAAAA. Większość poszła żreć obiad, mniejszość poszła przepisywać matematykę do biblioteki, paru zostału i się TOTALNIE NUDZI. Nie da się ukryć, że NIC NIE ROBIENIE W SZKOLE jest NAJBARDZIEJ NUDNĄ RZECZĄ NA ŚWIECIE. Dlatego idąc za czynami tłumu – którymi były osoby z korytarzu – wyciągnąłem swoją komórkę! ZBAWIENIE! Poczytam sobie Onet.pl i zajebiaszcze komenty zajebiaszczych ludzi. A tu zonk, bo niczym Asasyn ze schodów zszedł “lekko” wkurzony dyrektor. Zabierając mi komórkę bardzo NIE ładnie podziękował i sobie poszedł…
Przez najbliższą minutę na mojej twarzy było widać tylko: WTF? Szczególnie, że wspomniana reszta korytarzu dalej sobie klikała na swoich komórczekach przesłitaśne esemesy.

No dobra, jest zakaz, od poprzedniego roku. Komórkę miałem codziennie, jak zresztą 90% uczniów. Używana na przerwach – co ja złego zrobiłem, że chcę się dowiedzieć jaką pierdołę powiedział jeden Tusk czy inny Kaczyński? Nauczyciele nigdy na to nie zwracali uwagi, ba, na chemii i kilku innych przedmiotów noszenie komórek jest wręcz wskazane – czasami przydaje się kalkulator, a ciężko znaleźć teraz model nie mający ten funkcji.

No ale zakaz jest – bo KOMÓRKA jest rzeczą NIEBEZPIECZNĄ i w ogóle, ktoś nagadał dyrekcji, że jak nakręci ktoś filmik i wrzuci na sieć to będzie wstyd.

Na pierwszy rzut oka genialne – zabronimy, nie będzie komórek i nikt nic nie nakręci!
Drugi rzut oka, na który dyrekcję niestety, buuu! nie stać: pomysł kompletnie, centralnie do dupy. BO:
-I tak 90% osób nosi (jakoś wątpię żeby ci potencjalni “reżyserzy” zaprzestali)
-Komórka służy do innych, ciekawszych rzeczy.

Ciekawe dlaczego nie zabroniono np. przynoszenia kamer? Albo aparatów? Równie dobrze aparatem marki Panasonic można zrobić zdjęcie “oklepanemu” koledze czy nagrać kamerą cyfrową Samsunga solówkę przed szkołą. Niestety – okazało się, że służąca uczniom do nienudzenia się na zastępstwach i przerwach komórka to zuo totalne, które trzeba zniszczyć! Co z tego, że przeciwko 300 komórkom do złapania jest jeden biedny dyrektor! Trzeba pozbawić biednych uczniów swych zabawek żeby zgniły z nudów, muuachachahach!

Jako że jestem dobre dziecko przygotowałem – SPECJALNIE DLA DYREKCJI specjalną listę potencjalnie niebezpiecznych urządzeń, które są równie szkodliwe, jak zue komórki. Tak więc należy je zakazać:

-Cyrkiel – aż dziwne, że ten demoniczny przedmiot do podcinania żył jeszcze jest w użytku uczniów. Jak go zastąpić? A nauczyć się ładnie odręcznie kółka rysować, a co kurwa!
-Ołówek – jak wyżej! Przecież wiadomo, że zastrugany ołówek jest przyczyną wielu wydłubań ok (oczu? ;d)! ZLIKWIDOWAĆ
-Kamery – kamera w sali religijnej jest bardzo niebezpieczna! A co gdy nagle któryś uczeń postanowi rzucić w nią książką (o kurde, je też trzeba zakazać!), a ona spadnie na biedną Weronikę z pierwszej ławki, która biedna chciała się nauczyć czegoś o życiu Chrystusa?
-Plecaki to już totalne zuo: krzywi kręgosłupy, przez co Polska w 2017 będzie nazywana “Krajem skrzywionych kręgosłupów”, a to wszystko przez plecaki. Zakazać!

Właśnie zauważyłem, że wszystko co jest codziennie używane w szkole jest POTENCJALNIE BARDZIEJ NIEBEZPIECZNE NIŻ BIEDNA KOMÓRKA, KTÓRA JEST TĘPIONA JAKO PRZEDMIOT NAJWYŻSZEGO CHOLERSTWA.

Gdzie tu logika? Jak ktoś ją znajdzie to niech prześle na adres mojej szkoły, przyda im się na pewno.

Ja do dyrektora odbierać komórki za żadną cholerę nie pójdę, nie będę się prosił. Bo by to jeszcze wyglądało, że popieram ten zakaz. Cóż, ja mogę poczekać. Tylko niech nikt nie myśli, że przestanę używać komórki w szkole – nawet zacznę bardziej. Tylko będę ją bardziej… hm, krył?

No nic, pozdrowienia z krainy absurdu!

Napisany w Refleksyjne i opiniotwórcze | Brak komentarzy »

O dysleksji okiem nauczyciela… dobra, to o całkowicie czym innym, ale nagłówek musi być oryginalny, nie?

Autor: Webzir o piątek 18. Grudzień 2009

Otóż opowiem jak dysleksja zniszczyła moją czwórkę z plastyki…

Ej no, nie mam dysleksji, ale to wcale nie musi oznaczać, że nie może mi popsuć oceny.

Otóż, pewnego dnia pani G. zebrała zeszyty z plastiki… z plastyki, kurna. Okazało się, że dostałem 4+. W sumie dość zdziwiony, no ale wszystkie notatki były i w ogóle. Wystawione zostało mi 4/5. Ucieszyłem się, bo na 5 aspiracji nie miałem żadnych, a trzeba było wykonać pracę, które nooo… średnio mi wychodzą. Tak więc rysunek olałem i liczyłem na 4 w mojej kratce w dzienniku.

Aż tu nagle pewnego dnia, zebrała zeszyty znowu – po pracę domową, której miałem połowę. No dobra, poprawię ją jakoś i będzie ta czwórka – pomyślałem. Ale jakie było moje zdziwienie, gdy poprzednie 4+ było zmienione na 2! a za pół pracy domowej dostałem 2- (bo jak się okazało sprawdziła tylko tę część, której nie miałem).

A gdzie tu dysleksja? No bo uzasadnieniem skreślenia 4+ było to… że nie jestem dyslektykiem, bo iście przekonana pani była, że na pewno, chociaż nikt nigdy jej nic takiego nie powiedział.

Przepraszam bardzo, ale ja chcę wiedzieć na czym stoję, a nie takie jakieś popierdolone kreślenie wystawionych już ocen. Kolejny idiotyzm szkolny, z którym nikt nic nie zrobi, a bo po co, do nauki nieuku zasrany!

Napisany w Refleksyjne i opiniotwórcze | Brak komentarzy »

Dark Messiah Might and Magic – recenzja

Autor: Webzir o środa 16. Grudzień 2009

Każdy obrazek umieszczony w recenzji można powiększyć klikając na niego.
Uwaga: jeżeli średnio interesują Cię początki i powstawanie gry – omiń pierwszy akapit.

Nie śpij... Bo cię zabiją!
Nie śpij… bo cię zabiją!

Któż nie grał w legendarne Heroesy? Ciężko by było znaleźć takiego osobnika. (jeżeli takowym jesteś – leć do sklepu i kupuj którąkolwiek część, bo naprawdę warto). Wyszło ich już 5 części tego cyklu (i kilka razy więcej dodatków). Każdy z nich okazywał się hitem, a “trójka” do dziś zachwyca swą genialnością. Po co o tym wszystkim piszę? Bo przed wyprodukowaniem “piątki” Ubisoft kupił prawa do świata Might & Magic, w którym rozgrywają się wszystkie gry z pod znaku “Bohaterów”. Nival na komendę Ubi wziął się za tworzenie Heroes 5. Jednak tworzenie takiej gry to nie kwestia miesięcy lecz lat. Ubi postanowiło wydać całkiem nową grę spod szyldu M&M.
Teraz przenieśmy się do francuskiego, mało znanego studia Arkane. Miał dość ciekawy pomysł – gra RPG przestawiona z oczu głównego bohatera – zupełnie jak w FPSie. Do tego dochodzi magia, miecze, skrytobójstwo… Taak, chyba nikt nie ma wątpliwości, że to co najmniej ciekawy pomysł. Niestety produkcja “Gry bez nazwy” postępowała bardzo powoli – gra była pisana od podstaw. Jakimś cudem (a cudem tym okazały się jedne z targów) Arkane spotkało się z przedstawicielami Valve… tak, tych od Half-life’ów, Counter-Strike’ów czy Team Fortressów. Spodobał im się pomysł niedoświadczonych francuzów. Za pomocą siły pieniężnej i uściśnięcia dłoni (no dobra, jakaś tam umowa też była podpisana) ucieszone Arkane dostało w swoje ręce cudo w postaci silnika Source. Używany do dziś (choć ma już 5 lat) silnik sprawił, że produkcja ruszyła z kopyta i fuzja RPGa z bijatyką i światem fantasy była w coraz bardziej zaawansowanych stadiów rozwoju. Prasa growa zwykła nie skąpić miejsca o tym jakże ciekawym tytule. Oprócz na Single’a liczono na tryb Multi (jak wiadomo gry Source’owe w większości są robione właśnie pod zabawę w sieci), który tworzony był pod platformę Steam i w ogóle przez inną firmę – amerykańskie Kuju. Oczywiście między dwoma teamami nawiązała się ścisła współpraca.

Owocem długich prac w sumie dwóch zespołów jest właśnie Dark Messiah Might and Magic wydany na całym świecie przez Ubisoft.

Jak widać drzewka umiejętności i ekwipunek wyglądają dość okazale, choć nie jest to Diablo z tysiącami mieczy czy pancerzy.

W przeciwieństwie do “przyjaznych”, innych gier fantasy w DM wcielamy się w bohatera żyjącego w pełnym, bardzo niebezpiecznym świecie. Oczywiście w innych grach również pokonujemy groźne stworzenia, toczymy epickie bitwy… jednak nic nie ma w sobie tak mrocznego i “mocnego” klimatu jak DM! Tutaj każdy cios zadawany przez Saretha – głównego bohatera – przechodzi przez umysł gracza zwiększając jego tętno.

Ale może zacznijmy od początku. O co tutaj w ogóle chodzi? Jak już wspomniałem wcielimy się w Saretha – ucznia Mistrza Phenriga. Zaczynamy w pomieszczeniu pełniącym rolę samouczka. Już ten poziom (który rozgrywa się w ciemnych jaskiniach) daje znać, że gra przeznaczona jest dla graczy z bardziej mocnymi nerwami (zresztą kwalifikacja PEGI to 18+ ze względu na wielką brutalność). Z początku banalna fabuła (znajdź w tym lochu kryształ bo tak!) przeistacza się w jedną z najciekawszych (choć bardzo liniowych) epickich historii w jakie miałem przyjemność grać. Mimo, że przez 95% gry prowadzeni jesteśmy za rączkę liniowość nie jest tak odczuwalna, a gracz ma wrażenie, że uczestniczy w naprawdę dobrym filmie fantasy. Swoją drogą z grą zaznajomiło się kilkoro moich znajomych i właśnie ten “nieliniowy” moment w rozgrywce sprawił im największy kłopot…

A fu, nie myłeś się dzisiaj, brudasku!

Filmowość jest naprawdę wielkim plusem gry. Intro rozpoczynające grę jest zrealizowane tak, że chyba tylko osoby ich niecierpiące je pominęły. Zostajemy w nim wprowadzeni w historię, która z początku w ogóle nie będzie się kleiła z Sarethem. Jednakże to dopiero początek… Po udanej próbie samouczkowej, dzięki której dowiemy się jak walczyć za pomocą miecza i łuku wsiadamy na konia i jedziemy odwiedzić najbliższe miasteczko… no dobra, ogromne miasto Stonehelm (grałeś w Heroes 5 i coś kojarzysz? No to bardzo dobrze…), które… No cóż, nie chcę spojlerować, ale tak niesamowitego wstępu w wydarzenia naprawdę w innych tytułach szukać ze świecą. Wiele razy odsejwowyałem rozgrywkę by ponownie zobaczyć na ten “żywy” chaos w obleganym mieście… Ups, chyba się wysypałem.

Ciemność widzę. Ciemność. Hej, ja naprawdę widzę w ciemnościach! (a tak na serio: tak wygląda zaklęcie widzenia w ciemności :P )

Jak już wspomniałem grę napędza silnik Source, który tak bardzo dobrze wkomponował się w grę, że nie wyobrażam sobie DM bez niego. Oddał realizm połączony z wymyślonymi przez twórców zaklęciami, umiejętnościami, że nigdy nie widziałem bardziej realno-nierealnej gry. Cóż, ostatnie zdanie średnio mi się udało…
W grze głównie walczymy. Nasz bohater jest wojownikiem, magiem i skrytobójcą. Granie np. samym magiem jest całkowicie nieopłacalne, gdyż zbyt szybko wyczerpiemy manę na zaklęcia – i co potem? Albo, nie uda nam się przejść niespostrzeżeni. I co? Naparzamy pół godziny w jednego orka, a ten nawet nie drgnie. I co? I koniec. Dlatego najlepsze jest kombo dwóch klas (ja grałem np. wojownikiem i magiem na dalszy plan zrzucając sztukę zabójstwa). Każdy ma dla siebie jedno drzewko rozwoju. Są one bardzo proste i przejrzyste. Sprawia to, że osoba, która nie ma styczności z grami RPG z pewnością sobie poradzi, a hardkorzy wcale nie będą smęcić i będą woleli rzucić się w wir walki. Jak każdy.

Chcesz widzieć w ten sposób? Masz dwa wyjścia: A) zostań satanistą b) dojdź do 7 aktu w DM

A ta, jak już wspominałem jest tak emocjonująca jak.. no właśnie, jest jedną z najbardziej emocjonujących rzeczy, które miałem przyjemność robienia w grach wideo. Każdy zamach, każdy wypuszczony czar i każdy blok jest niesamowitym przeżyciem, do którego wciąż się chce wracać! W dodatku gdy uzbieramy odpowiednią ilość adrenaliny (wystarczy ciachać wszystko dookoła) będziemy mogli wykonać super atak. Wojownik wykona efektowny odrąb głowy czy przecięcie wroga na pół (a krew sączy się litrami), mag podniesie wroga i zabije nim jego przyjaciół a skrytobójca rzuci sztyletem prosto w gardło demonicznego orka. Tak, to są momenty dla których warto żyć!… no dobra, dla których warto mieć komputer :P .


Chwila wytchnienia idealna by otworzyć pobliską bramę.

Mapy są wykonane po prostu perfekcyjnie. Każdy znajdzie coś dla siebie (panowie ze sztyletami wiele mrocznych zaułków, wojownicy wielkie pola do walki a magowie ładne wzniesienia do rzucania błyskawicami) w dodatku pełne są sekretów.

Ulubiona plansza każdego adoratora Source’a

Arkane postawiło na integrację ze środowiskiem. Wróg stoi pod drewnianą kładką? Zniszcz ją, a on zginie pod gruzami. Niedaleko pali się ognisko? Podpal strzałę bo czym wystrzel ją w kierunku monstrualnego pająka, który się zapali. Takich smaczków jest bardzo wiele. Dodają one realizmu jak i emocji – brawo!

Ktoś tu się prosi o Fireballa

Oczywiście w tego typu grze nie mogło zabraknąć bossów – walki z nimi są jeszcze większym wyzwaniem niż zwykła walka – latającego smoka raczej ciężko uśmiercić malutkim mieczem, prawda?

Kolejny plus – znakomite dialogi!

Warto powiedzieć coś o grafice – mimo, że gra ma już dobrych parę lat to nadal potrafi zachwycić swym pięknem i efektywnością. Source z pewnością pomógł panom z tym panom z Arkane. Dynamiczne oświetlenie, idealna mimika, wygląd postaci… To wszystko w ogóle się nie postarzało! No, może tekstury odbiegają trochę od dzisiejszych standardów, jednak zapewniam, że DM nie jest grą, której mógłbyś się wstydzić przed 11% graczy, którzy uważają, że najważniejsza jest grafika. Na potwierdzenie jeden z ładnych widoczków tuż pod tym akapitem.

A jak poradziło sobie Kuju z multiplayerem? Ano, całkiem dobrze! Widać, że nie jest on całkowicie taki sam jak DM, więc grę można odkrywać na nowo. W Mutli DM traci trochę na dynamiczności rozgrywki. Żeby przebiec z bazy jednej drużyny do drugiej trzeba trochę czasu, gdyż mapy są ogromne.

Gobliny zostały rzucone… …na gobliny.

DM niestety nie jest grą idelną – największe zgrzyty – o dziwo – dotyczą silnika – Arkane wcisnęło drabinki, liny, z którymi nie radzi sobie on zbyt dobrze. Np. podczas wchodzeniu na tej linie zablokowałem się w ścianie po czym spadłem po jej drugiej stronie (czyli tak, gdzie powinna być wypełniona). W sumie nie przeszkadza to w grze, jednak bugbusterów mogą one zniechęcić.

W linowym potrzasku – czyli jeden z bugów.

Muzyka? Istne piękno. Znakomicie buduje klimat, kompozycje są bardzo złożone i różnorodne, zatrudniona orkiestra i chór jest po prostu genialna. Zawsze idealnie wpasuje się w sytuację.

Posumowując? Dark Messiah jest jak najbardziej godny uwagi! Około 8 godzin Single Playera i o wiele więcej na Steamowym Multi za 25zł? To je to i to bardzo! Grę w zasadzie można polecić każdemu szukającemu wrażeń. Dark Messiah Might and Magic z pewnością Ci takowe zapewni.

Napisany w Recenzje | 2 Komentarzy »

Piosenki “z uczuciem”

Autor: Webzir o czwartek 26. Listopad 2009

Cześć, dziś przygotowałem dla Was listę piosenek z mojej biblioteki (legalnej, a jakże) zawierające piosenki, które zawierają, jak ja to określam, sporą dawkę “uczucia”. W większości są to ballady rockowe/metalowe. Uporządkowane zespołami.

Apocalyptica – Faraway vol. 2

Ayreon – Waking Dreams

Dream Evil – Unbreakable Chain

Epica – Unleashed

Epica – Tides of Time

Epica – White Waters

Katatonia – My Twin

Katatonia – Consternation

Katatonia – In The White

Metallica – The Day That Never Comes

Metallica – The Unforgiven I

Metallica – The Unforgiven II

Metallica – The Unforgiven III

Nightwish – The Islander

Nightwish – Creek Mary’s Blood

Nightwish – Sleeping Sun

Nightwish – Nemo (orchestral version)

Nightwish – Walking in the air / Aled Jones – Walking in the air

Nightwish – High Hopes / Pink Floyd – High Hopes

Scorpions – Wind of Change (z filharmonią)

Within Temptation – Forgiven

Życzę miłego słuchania. Wszystkie linki prowadzą na wrzutę albo na Tubę.
Może i znam więcej piosenek “tego typu”, ale uwzględniłem tu pewne… yy, typy.

Napisany w Różne | Brak komentarzy »

Once Extra 1-5

Autor: Webzir o piątek 20. Listopad 2009

Niedawno opublikowałem krótkie opowiadanie powstałe z mojego pióra (jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś przeczytaj je!: http://www.sunline-studio.com/blog/?p=349). Spodobało mi się, więc dopisałem 5 krótkich dodatków. Zapraszam do ich przeczytania poniżej. W planach mam jeszcze dwa dodatki, gdy je napiszę z pewnością je opublikuję.

ONCE EXTRA 1

PÓŹNIEJ

-Czcccooo jejsasj tuttjaej roobbeieęęę? – powiedział Deedosław po czym szybko wlał do swych ust kolejną porcję piwska

-Ttyytyy to się zawawwssze e uchlassasaszz jaak kjakiś menelee! – skomentował Webzir

-Wczaale nie! – odpowiedział Deedosław po czym zaliczył zgon.

POTEM

Było jasno! A nie przypominał sobie aby opłacił licencję na ogień. Było to podejrzane. Wszędzie paliło się światło. Zauważył znajomą sylwetkę. Zbliżyła się, była parę centymetrów od niego, jednak dalej jej nie rozpoznawał.

-Cholerny kac! – wrzasnął Webzir po czym zaciągnął się w swojej wodnej fajce. Postać chwilę przyglądała się fajce, po czym krzycząc mniej więcej coś takiego:

-HAIHOJAAAHH!!! – walnęła Webba z półobrotu.

-Czak Noris!? – wypowiedział ostatnim tchem Webzir, po czym zemdlał.

W TYM SAMYM CZASIE

Z gospody wyszedł towarzysz Webzira. Zauważył mhr0czną trawkę na której rosły niemroczne szyszki. Swoją drogą paradoks: jak na mrocznej trawce może rosnąć niemroczna szyszka? No ale cóż, to nie ja wymyślałem :(

No więc wyszedł spojrzał i oprócz wspomnianych szyszek i trawek ujżał znajome postacie.

-CO TU SIĘ DO JASNEJ CHOLERY DZIEJE, hyp, NIE MOŻNA WAS NA MOMENT ZOSTAWIĆ, hyp, ŻEBY WYJŚĆ DO TOALETY, hyp. – krzyczał przerywając sobie hypnięciami towarzysz.

A oto co się działo: na mrocznej trawce leżał zalany Deedosław, obok niego Webzir, którego kopała Ritta skacząca na jednej nodze. Webzir krzyczał:

-CZAK NIE BIJ MNIE OGLĄDAŁEM WSZYSTKIE TWOJE FILMY! – a „Czak” ripostował:

-WCALE NIE JESTEM GŁUPIA! – nie przestając kopać. Zabawa rozkręciła się na całego. Towarzysz, wydający się jedynym normalnym w swojej grupie zaczął skakać i sikać na wszystkich krzycząc:

-Robię mrooczny deeszczykk! – „bawili” się tak przez jakieś 10 minut, niestety na niebieskich kogutach przyjechał pan w mundurze z napisem „policja”.

-Co tu się dzieje!? – krzyknął Pan Władza

-No nie widzi pan władzo, tańczymy sobie w rytm mrocznego deszczyku – odpowiedział towarzysz nie przerywając niczego.

-Aha, dobra, to ja jadę bo gdzieś podobno palą biblię, to se pójdę popatrzę! – i odjechał. Zabawie nie było by końca gdyby nie to, że towarzysz opróżnił już cały pęcherz, a na nowe zapełniacze nie było go już stać.

-No i to by było na tyle. – Webzir pomyślił chwilę – Zapraszam do nas, pomalujemy coś w paincie!

I zabawie nie było końca,

bo ktoś jeszcze zainstalował wormsy.

Amen.

KONIEC

ONCE EXTRA 2

-No i tu jeszcze białą plamę! – i walnęła upaćkaną ręką w swoje dzieło – No! Kapitan Pazur jak malowany! I to przeze mnie! – uśmiechnęła się. Poszła umyć ręce. A teraz korzystając z chwili przerwy, jako, że jestem narratorem wszystko wiedzącym (a co się będę oszczędzał), wiem nawet, że teraz to czytasz! Ha, nie spodziewałbyś się. No, ewentualnie nie spodziewałabyś się, tego akurat za cholerę nigdy nie mogę zgadnąć. Ykhm, no więc. Właśnie zauważyłem, że nie mam nic do dodania, więc zobaczmy jak istota, której imię zaraz poznacie myje ręce!

„SZZSZSZZSZSZZ” – robiła woda, chociaż nikt jej o to nie prosił

-Arrgh, cicho bądź wodo! – w tym momencie za plecami usłyszała wybuch. Odwróciła się i zobaczyła wielkiego ryboluda, który zmaterializował się na jej właśnie skończonym dziele mówiąc:

-Bul bul, jestem Wodo! Wzywałaś mnie?

-Nie, mówiłam, żebyś się zamknął – i wymierzyła mu kopa z półobrotu, po czym znikł.

Ritta (tak, kurna, wydało się) spojrzała na zegarek po czym wrzasnęła:

-MATKO BOSKA JUŻ DZIEWIĄTA SPÓŹNIĘ SIĘ NA ANGIELSKI! – po czym złapała swój plecak i zaczęła zasuwać do szkoły. Padał deszcz, przez co zgasły wszystkie pochodnie i posiadacze licencji na ogień nie byli zadowoleni. Minęła karczmę „Pod Złamaną Pałą” przebiegła koło domu towarzyskiego „Złoty Chuj” i wbiegła do swej szkoły im. Dobrego Piwska. Wzięła zręczny zakręt w korytarz, niestety jej trampki okazały się zbyt śliskie i upadła wślizgując się do pokoju nauczycielskiego. Na szczęście zastała tam tylko nauczyciela informatyki oglądającego pornole, więc się nim nie przejęła i wyszła. Udało jej się dotrzeć do klasy i się nie wywrócić. Przywitał ją przemiły uśmieszek prowadzącego zajęcia.

-Ooo, Karolinosława, znów spóźnienie, jak miło! Masz pracę domową? – Ritta właśnie zauważyła, że zgubiła swój plecak – Oj, to nie dobrze – wyczuł drogi pan Psikus po wyrazie twarzy. – no cóż, dzisiaj skończy się to tylko jedynką! MUIAHCAHCAHCAHCAHCAHCAHCAHCAHCACHCH. – po czym Ritta ripostowała:

-EAT YOU FUCKING SHIT, znaczy wychodzę. – i sobie poszła.

Mając ze sobą jedno piwo, które trzymała za pazuchą (w sumie to nie wiem gdzie to jest ale fajnie brzmi) wyruszyła w świat w poszukiwaniu przygód. Spojrzała w prawo i zauważyła trawkę, na której rosły mroczne szyszki. Ech, już nie będę tego tłumaczył.

No więc szła sobie ulicą w stronę Strzyżowa, bo właśnie zauważyła, że przydało by się ją podciąć, a tam podobno najlepsi Fryzjerzy Strzyżą! No i szła, szła szła. Zauważyła w końcu TIRa! TIR! OBJAWIENIE BOSKIE! Wyciągnęła zza kołnierza (no co?) książkę „Znaczenie Tirów We Wszechświecie” i zobaczyła wpis: „Jadący Tir”. Cytuję: „Jadący Tir Jest Wielkim Darem od Boga, nie możesz go zignorować!”. Ritta więc rzuciła się w pogoń za nim. Biegli/jechali sobie tak przez pół godziny, po czym Ritta zauważyła, że jest zmęczona, ale właśnie Tir się zatrzymał. Kierowca popatrzył na Rittę i powiedział:

-Ej mała, podwieźć cię? Nie za darmo oczywiście, jeżeli, hoho, wiesz co mam na myśli.

-Spadaj zboczeńcu! – Ritta walnęła go ze swojego sławnego już półobrotu, po czym związała i zakneblowała. Rzuciła na tył kabiny i sama sobie jechała.

I tak sobie jechała gdy zauważyła zbliżający się koniec benzyny. Orzekła, że Tir nie będzie już więcej przydatny, i rzuciła do TIRowca:

-Polecam się na przyszłość!

Po czym wypadła na jakiegoś chłopaka, i tak jakoś im się zakleiło.

KONIEC

ONCE EXTRA 3

-Tymczasem w domu Webzira i jego towarzysza-

-Ej no, oszukujesz! – krzyknął Deedi gdy jego ostatni robak został skopany przez betonowego osła Webzira

-Wcale nie!

-Właśnie, że tak! – po czym kopnął komputer tak, że się wyłączył.

-Ej no, coś schrzaniłeś – powiedział towarzysz, po czym zerknął na nielegalny generator prądu (podziękowania dla Ritty, która nauczyła się mnożyć) i dodał – z generatorem wszystko w porządku.

-Ja się tym zajmę, w końcu jestem informatykiem! – z triumfem oznajmił Webzir. Podszedł pod komputer, pooglądał go z kilku stron po czym nacisnął na „Power”. Nie zadziałało. – no cóż, tutaj już nic nie da się zrobić.

-MAM POMYSŁ! – powiedziała Ritta i wszystkie oczyska (w sumie 6 sztuk) skierowały się w jej stronę. – znaczy… chyba mam. Chodźmy po Zaxa!

-Jakiego Zaxa? – wtrącił towarzysz

-No nie wiesz, Zax Wodecki wybitny informatyk piszący programy na skrzypcach! – odpowiedział Deedi

-Spoko, no to chodźmy – po tej wypowiedzi towarzysza wszyscy wyszli na dwór. Było ciemno jak cholera, bo licencja na ogień, którą wykupił Webzir ze swym towarzyszem skończyła się tydzień temu. Doszli do wielkiej, szaroburej chatki, która z daleka wyglądała jak zamek. Nie wiem jakim cudem – pewnie Zax to sobie wyskrzypcował w C+Skrzypce. Ritta doszła pierwsza i zastukała wielką kołatką, podobizną Billa Gatesa. Wszyscy usłyszeli głos logowania do Windowsa po czym drzwi otworzyły się. W środku było całkowicie ciemno.

-Może wyczerpał mu się generator – powiedział Deedi – dziwniejsze jest to, że nie słychać jego skrzypiec. – szli kawałek aż udało im się wychwycić małe światełko w tunelu – za mną, widzę światło!

Biegli, biegli, biegli ile sił w nogach

(skąd ja to znam?)

Biegli, biegli, biegli aż w końcu dobiegli. Uchylone drzwi, z stamtąd dochodziło światło. Pierwszy wpadł Deedi. Gdy ogarnił sytuację szybko rzucił się na ratunek:

-NIE RÓB TEGO!

-Hę? – szybka riposta Zaxa, ale za późno, Deedi rzucił się już do ratowania. Odepchnął go szybko od klawiatury i od kompa, tak, że przeleciał cały po pokoju i walnął o ścianę.

-Ha, uratowałem Cię! – powiedział dumny Deedi, a Ritta zaczęła mu bić brawo. Webzir podszedł bliżej ekranu i przeczytał:

if object Zax = TRUE {
object_destroy(‘Zax’);
}
else
{
echo (‘idź spać’);
}

-O kurde, to kod na samobójstwo! – rzekł Webzir po czym duma Deediego jeszcze bardziej wzrosła, a Rittę zaczęły boleć ręce od klaskania. Towarzysz Webzira bliżej przyglądnął się temu kodowi.

-Tu jest błąd – pokazał Zaxow. Zax podszedł bliżej, przeczytał go ponownie i odrzekł:

-Wcale nie!

-Wcale tak! – szybka riposta

-Właśnie, że nie! Udowodnię Ci to! – po czym nacisnął Enter i znikł.

Drużyna (cała w żałobie) wróciła do domu Webzira i jego towarzysza z komputerem Zaxa i zabawie w Wormsy nie było końca.

KONIEC

ONCE EXTRA 4

Siedział przed swoim komputerem. Niemalże bezwiednie stukał w klawisze. Była noc. Jego nielegalny generator prądu ledwie zipał. Włączył helpedię w swoim helpfoxie. Przeczytał: „Dlaczego Windows mi nie działa!?”. W pole „odpowiedź” wklepał: „Działa Ci, przecież z niego piszesz”. Poczekał chwilę i zobaczył: „Dzięki Ci wielkie!”.

Odetchnął. Kolejna osoba oswobodzona ze swojego problemu! Na ścianie narysował pionową kreskę. Obrzucił wzrokiem cały pokój. Był cały czarny od podobnych kresek. Uśmiechnął się z dumą. Stał tak przez jakiś czas. Usłyszał dzwonek do drzwi – dźwięk logowania Visty. Szybko usiadł na krześle i złapał myszkę. Włączył „Mój dom” a następnie drugim przyciskiem kliknął na „Drzwi główne” i wybrał „otwórz”. Podszedł do drzwi, jednak nikogo nie zauważył. Rozglądnął się po dworze jak i domu, gdy nagle usłyszał głoś:

-Ej, Teo phil, tutaj jestem! – Teo phil – bo tak nazywa się ten zacny człowiek, o którym chrzanię od początku – szybko się odwrócił i nikogo nie zobaczył:

-Gdzie jesteś duchu?

-Po pierwsze nie jestem duchem – odpowiedział nieduch – tylko Zaxem, który sam się usunął – powiedział głos głosem Zaxa.

-Co Ci się stało dobry człowieku? Czy też dobry głosie?

-Otóż korzystałem z helpedi – zupełnie jak ty! – tu Teo phil się z dumą uśmiechnął – jakieś emo poprosiło o kod na samobójstwo, więc zacząłem pisać. Gdy skończyłem chciałem sprawdzić czy działa (żeby emo się nie zawiodło) no i się usunąłem.

-Ciężka sprawa – zamyślił się – poczekaj, spróbuję coś napisać – Zax pewnie się ucieszył, no ale nie mogę dam sobie za to urwać głowy bo byłbym już drugim trupem w tym opowiadaniu (pomijamy zalanych w trupa) a to przecież czytają dzieci!

Nagle wszystkie rozpalone pochodnie zgasły.

-No kurna! W takim momencie musiała mi się skończyć licencja na ogień!? – Zax stał cały osupiały z wytrzeszczonymi gałkami oczami! Pojawił się!

-Ty… Ty… Ty PRZEKLĄŁEŚ!? – Zax nie mógł uwierzyć

-No kurna, tak mi się jakoś wypsnęło, będę musiał iść do spowiedzi

-:O

-…

-No dobra, THX4YU – po tych słowach Zax zza pazuchy wyciągnął C+Skrzypce i zaprogramował teleport i zniknął.

Na ścianie pojawiła się kolejna czarna kreska.

KONIEC

ONCE EXTRA 5

-Muszę jechać – powiedział Deedi melancholijnym tonem

-Znowu? – Ritta bez trudu powstrzymała płacz bo twarda z niej babka!

-Nom – nie będę opowiadał co wydarzyło się po tych słowach bo mi nie wypada. No dobra, mogę powiedzieć, że licencja na ogień nie była przydatna.

*

Ritta wraz z płaczącą siostrą Zaxa („Ritta kup mi loda! Buuu…”) i całą rodziną (rodzice, dziadkowie, wnuko… dobra, nieco się zagalopowałem) machały Deediemu, który miał wystawioną przez okno swoją najbardziej reprezentatywną część ciała… Głowę, świntuchy! A Deedi płakał w rytm ballady Kata. Gdy pociąg ruszył wiatr zaczął ruszać włosami wszystkich, a gdy odleciały te dziadka Ritty on zaczął kląć na to, że dzisiejsze wiatry wieją bardziej niż te za jego czasów. Cała rodzina Karolinosław udała się w żałobie do domu. Po drodze ojciec Ritty zapytał:

-To już sobie nie poruchasz?

-No… – Ritta odpowiedziała równie melancholijnym tonem jak Deedi na początku tego opowiadania

-No, wreszcie zaoszczędzimy trochę na kondomach – odparł z zadowoleniem

- >.> – twarz Ritty mówi wszystko.

KONIEC

Napisany w Opowiadania | Brak komentarzy »

Nowy szablon

Autor: Webzir o piątek 20. Listopad 2009

Od dziś na blogu działa nowy szablon. Jest on o wiele bardziej przejrzysty i ma dobre zastosowanie przy panoramicznych rozdzielczościach dzięki rozciągającemu się środkowemu polu. Mam nadzieję, że dzięki niemu lepiej będzie czytało się moje wypociny :)

Napisany w Organizacyjne | Brak komentarzy »